Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż twarzy. Pokaż wszystkie posty

listopada 09, 2020

KULTOWY PODKŁAD IT COSMETICS, YOUR SKIN BUT BETTER CC+. CZY RZECZYWIŚCIE SPRAWIŁ, ŻE MOJA SKÓRA WYGLĄDAŁA LEPIEJ?

KULTOWY PODKŁAD IT COSMETICS, YOUR SKIN BUT BETTER CC+. CZY RZECZYWIŚCIE SPRAWIŁ, ŻE MOJA SKÓRA WYGLĄDAŁA LEPIEJ?

Marka It Cosmetics chodziła za mną przez jakiś czas. Trudna dostępność na naszym rynku tylko podsycała większe chciejstwo. Wszystko w imię "podkładu idealnego". Produkty It Cosmetics są szeroko zachwalane na zagranicznych kanałach, a często na rodzimym podwórku. Jakiś czas temu zachęcona kilkoma bardzo pozytywnymi recenzjami osób, które obserwuję, postanowiłam skusić się na ten "ideał".


Od producenta:
It Cosmetics przedstawia Your Skin But Better CC+ SPF 50+ to wysoce pigmentowany, wielozadaniowy krem, który niezawodnie pokrywa niedoskonałości cery, wypełnia drobne zmarszczki. Formuła łączy w sobie krem nawilżający, serum przeciwzmarszczkowe, korektor, podkład i krem przeciwsłoneczny w jednym produkcie. Dodatkowo zawiera mineralny filtr SPF 50+, który chroni skórę przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych UV-A i UV-B, a tym samym przed przedwczesnym starzeniem się skóry. Dzięki innowacyjnej formule przeciwstarzeniowej, opracowanej we współpracy z chirurgami plastycznymi Twoja skóra wygląda promiennie i naturalnie. Nawilżająca formuła z peptydami, niacyną, algami, witaminami A, C, B i E, kwasem hialuronowym i hydrolizowanym kolagenem zapewnia skórze długotrwałą świeżość. Krem CC idealnie sprawdza się na co dzień jak i w podróży, kompleksowo zatroszczy się o Twoją skórę w każdych warunkach.

Stosowanie:
Nanieś 1-2 krople kremu CC na oczyszczoną skórę ulubionym pędzlem lub opuszkami palców. Your Skin But Better CC+ SPF 50+ idealnie dopasowuje się do potrzeb Twojej skóry. Aby uzyskać optymalny efekt, nałóż równomierną warstwę na twarz, szyję i dekolt. Skup się na częściach twarzy, które wymagają największego pokrycia, takich jak obszary pod oczami, nos i usta oraz podbródek i środek czoła - są to obszary, które zwykle mają przebarwienia lub nierówności kolorytu skóry.


Opakowanie dość nietypowe jak na nasze standardy.  O dziwo miękka tubka z dozownikiem sprawdziła się fenomenalnie do samego końca. Aplikacja była prosta i przyjemna. Nic się nie zacina, nie pluje, pełna kontrola nad ilością wyciskanego podkładu. W dodatku wszystko odbywa się higienicznie. Opakowanie  świetnie sprawdza się w podróży.. i przy każdym upadku z wysokości (szczególnie na płytki w łazience 😅)

Pojemność 32ml również dość typowa jak na rodzimy rynek ale przecież te amerykańskie normy potrafią zaszokować. Natomiast ja chyba zawsze będę preferować pojemności jak najmniejsze w stosunku do kosmetyków kolorowych. Zdecydowanie wolałabym w każdej dziedzinie kosmetycznej wyznawać zasadę, że produkty należy zużyć, a nie tylko używać. W końcu kiepsko trafiona kolorówka jest niezwykle upier... to znaczy "trudna" do zużycia.


Zamawianie podkładu przez Internet nie jest prostym zadaniem, szczególnie jeśli chodzi o wybór koloru. Po długich rozmowach z jedną z dziewczyn, która ów podkład posiadała, przekazałam moje wymagania kolorystyczne i padło na odcień Fair. Obecnie w asortymencie gama kolorów się powiększyła więc zadanie stało się jeszcze bardziej skomplikowane.. a może łatwiejsze? Osobiście miałam dylemat pomiędzy najjaśniejszym Fair, a wówczas ciemniejszym Light. Jednak o wiele łatwiej jest mi podkład przyciemnić niż rozjaśnić, a dodatkowo bywam wyjątkowo blada w okresie zimowym. To mogło się udać.. ale się nie udało. Odcień okazał się nie tylko za jasny ale również wpadający w chłodne tony. W efekcie byłam zmuszona kolor ratować czy to bronzerem dla ocieplenia twarzy czy mieszając podkład z innym dla uzyskania odpowiedniejszej tonacji.



Jak sama widzisz, nie można mu odmówić krycia. Podkład ma kremową konsystencję, która nie jest tłusta ani nie rozlewa się. Teoretycznie jestem w stanie nazwać ją lekką ale tylko w sensie aplikacji "kropki" na grzbiet dłoni. Za to jego moc krycia oraz późniejsze efekty uboczne sprawia, że trudno mi mówić o nim jako o produkcie lekkim.

W przypadku Your Skin But Better nie ma mowy o aplikacji palcami czy pędzlem. Za każdym razem miałam wrażenie, że robię smugi lub jest na tyle widoczny, że robi maskaradę na mojej twarzy. Do tego pędzel potrafił fenomenalnie wydobyć niewidoczne suche skórki, a przy okazji pory. Jedynie aplikując niewielkie ilości podkładu i rozprowadzając całość gąbką byłam w stanie uzyskać zadowalający efekt. W tym przypadku im mniej tym lepiej. Swoją drogą przy tak mocnej pigmentacji łatwo uzyskać efekt dwuwymiarowej (płaskiej) twarzy. Podkładem bez trudu mogłam zakryć kolor ust, nie wspominając o defektach skóry typu pieprzyk czy znamię. Zdecydowanie jest to najbardziej kryjący podkład z jakim się spotkałam, a przebił swoją mocą nawet słynny Doubel Wear Estee Louder.


Przez cały okres użytkowania podkładu miałam z nim prawdziwy rollercoaster. Początki były bardzo pozytywne i obiecujące wieczną miłość. Jednak na nasze szczęście wpływało wiele czynników: stan cery, pielęgnacja, pogoda, długość noszenia podkładu..

To co najbardziej mi przeszkadzało, to fakt, że moja skóra nie była w stanie znieść podkładu jako produktu częstego stosowania. Zwyczajnie potrzebowała od niego częstego odpoczynku. Z każdym kolejnym dniem stawała się bardziej przesuszona i obciążona. Stosowanie mocniej oczyszczającej pielęgnacji sprawiało, że skóra reagowała jeszcze większym przesuszeniem, a w efekcie większym przetłuszczaniem. To po prostu błędne koło. Ostatecznie podkład trafił jako produkt do stosowania na większe wyjścia jako ratunek w sytuacjach kryzysowych.

Produkt zdecydowanie wymagał ode mnie stosowania nawilżającej ale bardzo lekkiej pielęgnacji. W przeciwnym wypadku potrafił zaskoczyć zważoną strefą T. Dodatkowo wymuszał na  mnie stosowanie mgiełek do makijażu, gdyż aplikacja pudru, różu czy bronzera sprawiała wrażenie niezwykle suchej twarzy. Nie było mowy o oszustwie w postaci hydrolatu czy toniku.. o nieee.. to musiała być mgiełka i to najlepiej taka, która ma jak najwięcej wspólnego z lakierem do włosów. Dopiero wówczas makijaż wyglądał na spójny, bez przesadnego ciężaru czyli przysłowiowej ciężkiej tapety.


Ogromną zaletą podkłady jest ochrona SPF na poziomie 50. Dodatkowo zachwycił króotki skład, do czasu gdy zrozumiałam, że druga (znacznie dłuższa) jego część znajduje się na drugiej stronie opakowania. To było jak nie mająca końca opowieść. Do tego pełna gromada silikonów.. i nagle reakcja mojej skóry na zbyt częste używanie podkładu nabrała sensu.

Skład (INCI): Aqua, Titanium Dioxide, Phenyl Trimethicone, Dimethicone, Butylene Glycol, Zinc Oxide, Butylene Glycol Dicaprylate, Orbignya Oleifera Seed Oil, Butyloctyl Salicylate, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Snail Secretion Filtrate, Aluminum Hydorxide, Stearic Acid, Magnesium Sulfate, Polyglyceryl-4 Isostearate, Cyclohexasiloxane, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Hexyl Laurate, Calcium Stearate, Caprylyl Glycol, Triethoxycaprylylsilate, Ethyl Hexanediol, Ethylhexylglycerin, Limonene, Phenoxyethanol. Citrus Limon Peel Oil/Lemon Peel Oil, Sorbitan Isostearate, Tocopheryl Acetate, 1,2-Hexanediol, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil/Bergamot Fruit Oil, Disodium EDTA, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil/Orange Peel Oil, Citrus Aurantifolia Oil/Lime Oil, Pinus Sylvestris Leaf Oil, Punica Granatum Seed Oil, Vitis Vinifera Seed Oil/Grape Seed Oil, Persea Gratissima Oil/Avocado Oil, Anthemis Nobilis Flower Water, Linalool, Glycerin, Eucalyptus Globus Leaf Oil, Citral, Niacinamide, Curcuma  Longa Root Extract/Turmeric Root Extract, Hyaluronic Acid, Colloidal Oatmeal, Cholesterol, Citrus Grandis Peel Oil/Grapefruit Peel Oil, Perfluorohexane, Steareth-20, Camellia Sinensis Leaf Extract, Magnolia Kobus Bark Extract, Pentaerythrityl Tetra-di-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Chrysanthemum Indicum Flower Extract, Glycine Soja Sprout Extract/Soybean Sprout Extrakt, Perfluorodecalin, Citric Acid, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Perfluoromethylcycopentane, Olea Europaea Leaf Extract/Olive Leaf Extract, Artemisia Princeps Leaf Extract, Cinnamomum Cassia Bark Extract, Pueraria Lobata Root Extract, Diospyros Kaki Leaf Extract, Morus Alba Fruit Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Chlorhexidine Digluconate, Hydrolyzed Collagen, N-Hydroxysuccinimide, Hydrolized Silk, Lactobacillus/Honeysuckle Flower/ Licorice Root/Morus Alba Root/Pueraria Lobata Root/Schisandra Chinensis Fruit/Scutellaria Baicalensis Root/Sophora Japonica Flower Extract Ferment Filtrate, Caprylhydroxamic Acid, Sodium Citrate, Biotyn, Thiamine HCL, Niacin, Folic Acid, Retinyl Palmitate, Palmitoyl Tripeptide-1, Carnitine HCL, Riboflavin, Tocopherol, Ascorbic Acid, Pantothenic Acid, Chrysin, Palmitoyl Tetrapeptide-7; [+/-: CI 77491, CI 77492, CI 77499/Iron Oxides, CI 77891/Titanium Dioxide].


Ostatecznie podkład posłużył mi do ostatniej kropli.. ale to nie była szczególnie bliska zażyłość. Przez większość opakowania posłużył mi jako s.o.s do ratowania podkładów za ciemnych albo zbyt delikatnych, które wymagały zwiększonej trwałości, krycia i jednocześnie rozjaśnienia. Pomimo nie do końca trafionego koloru (jedynie w okresie przedłużającej się zimy oraz wczesnej wiosny gdzie wciąż promienie słońca nie potrafią przebić się przez chmury) wiem, że nie odważyłabym się na powrót nawet do ciemniejszej wersji kolorystycznej.


Nie był to mój wymarzony podkład.. ale jestem w stanie zrozumieć szereg zachwytów na jego temat. Jest trwały i ma świetne krycie. Wierzę, że na ładnej cerze może prezentować się genialnie jak druga skóra tylko "lepsza". W moim przypadku nie zawsze wyglądało to lepiej. Mimo to cieszę się, że zaspokoiłam moje wielkie chciejstwo. W końcu podkład zużyłam do ostatniej kropli.. fakt, że w roli ratunku dla innych podkładów ale również się liczy.  
 
Póki co marka wciąż mnie ciekawi. Chociażby słynny puder Bye Bye Pores, który podobno daje efekt pfotoshopa.. ale czy byłby lepszy od ukochanej Charlotte Tilbury Airbrush Flawless Finish Powder? Hmm.. czy naprawdę chcę to sprawdzić? Chyba wolałabym pójść w stronę powrotu do Charlotte ewentualnie w stronę marki Tarte dostępnej obecnie w Sephorze.


stycznia 06, 2020

ULUBIENCY ROKU 2019: MAKIJAŻ

ULUBIENCY ROKU 2019: MAKIJAŻ

Makijażowe podsumowanie roku 2019.. to nie jest dla mnie łatwa sprawa.. chociaż? Nie jestem zwolenniczką posiadania ogromnej ilości produktów do makijażu, bo to mnie przytłacza. Nie lubię wyrzucać, a zużyć kolorówkę jest niezwykle trudno, szczególnie gdy nie maluję się codziennie. Dlatego staram się stawiać na produkty, które naprawdę mi odpowiadają i nie kupować kolejnych tylko dlatego, że jestem ich ciekawa lub jest to nowość.

I tak.. tak.. wiem : "kolorówkę się używa, a nie zużywa" 😹



CHARLOTTE TILBURY - AIRBRUSH FLAWLESS FINISH W ODCIENIU MEDIUM
Jedyny puder o którym mogę powiedzieć, że jest moim najlepszym. Sęk jednak w tym, że poziom zadowolenia z niego będzie zależny tylko od naszych oczekiwań. To nie jest puder utrwalający, nie przedłuży makijażu, nie nadaje specjalnie koloru chociaż akurat wersja medium jest jednak ciut dla mnie za ciepła :-D Jest to puder wykończeniowy, czyli dosłownie ostatnia warstwa naszego makijażu. Wiem.. od razu masz wizję ledwo trzymającej się tapety ale wcale tak źle nie jest. Puder daje niezwykle cienką powłoczkę bluru.. czyli sprawia, że nasze pory, zmarszczki są wygładzone i mniej widoczne, a ogólny wygląd makijażu nabiera pewnej lekkości. Nie jest to matowe wykończenie skóry, w zasadzie ciężko je określić. Nie ma tu żadnych drobin czy brokatu. Niby nic się nie świeci ale jednak od skóry bije pewien blask. Nie jest to tania impreza więc warto poczytać sobie o nim więcej opinii przed zakupem, jednak mam prośbę.. jeśli czytasz opinię, że puder jest do d.. bo nie utrwala makijażu to olej to. Ewidentnie osoba która o nim pisała nie zapoznała się z przeznaczeniem pudru.

Link do sklepu: Cult Beauty UK



PHYSICIANS FORMULA - BUTTER BRONZER
Z działu róż, broznzer, rozświetlacz jedynie bronzer marki Physicans Formula jest tym po który najchętniej sięgam. Jego kolor niezwykle mi odpowiada. Do tego trudno zrobić sobie nim krzywdę. Jest dobrze napigmentowany ale bardzo ładnie się rozciera bez pozostawiania plam. Niezależnie od tego jaki podkład czy puder mam na twarzy, bronzer ładnie się trzyma. Nie waży się, nie wygląda ciężko.. i w zasadzie nie jet do końca matowy. Jego ciekawa (nieco wilgotna) formuła oraz genialny zapach masła murumuru sprawia, że naprawdę chce się go używać. 

Link do sklepu: Ezebra



COULEUR CARAMEL- POMADKI
Dwie pomadki o dwóch różnych wykończeniach. Jaśniejsza to wersja błyszcząca z numerem 254 i jest ze mną najdłużej. Noszę ją niemal na każdą okazję. To pomadka która rewelacyjnie wygląda szczególnie do opalonej skóry. Ładnie podkreśla usta, jest niezwykle kremowa i świetnie napigmentowana. Ustom nadaje mokry blask.. ale nie nachalny. Efekt jest delikatny, przez co pomadka nie wybija się na pierwszy plan, a jedynie podkreśla to co powinna. Z całą pewnością będę do niej wracać za każdym razem gdy się skończy!
Za to druga pomadka to już wersja matowa. Chociaż usilnie firmy kosmetyczne starają się wypchnąć matowe wykończenie ma ustach aby móc wciskać nam kolejne to ja usilnie pozostaję przy matowym wykończeniu szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Piękna zgaszona czerwień to numer  126. Chociaż w czerwieniach mało kiedy czuję się swobodnie to taka wersja niesamowicie mi odpowiada. Nie krzyczy z daleka, nie oślepia.. jest po prostu ładna i stonowana. Pomadka sama w sobie nie jest tempa.. nie mam żadnego problemu z jej rozprowadzeniem, ani z noszeniem. Nie wysusza ust nie ściąga ich. Pełen komfort. 

Link do sklepu: Ekozuzu nr 254 oraz Ekozuzu nr 126



LORAC PRO 3 - PALETA CIENI
Moja absolutnie podstawowa paleta do codziennego makijażu. Uwielbiam za genialną jakość cieni i za piękne kolory. Dla jednych okaże się zabójczo nudna. Nawet założę się, że część osób na sam widok kolorów zaczęła ziewać.. NIE SPAĆ! Każdy z cieni jest rewelacyjnie napigmentowany.. jedynie nad cielistym cieniem o nazwie Canvas mogę pomarudzić, bo jest najtwardszy, a to bywa czasem upierdliwe. natomiast w porównaniu do innych palet wciąż bije je na głowę więc aż tak źle z nim nie jest. Cienie mają niezwykłą konsystencję. Nie są suche ani pudrowe. mają w sobie pewną.. mokrą miękkość ale nie aż tak aby pod naciskiem miały się zapadać. Paletę kupiłam z okazji urodzin dwa lata temu i wciąż nie dobiłam do dna w żadnym cieniu chociaż ewidentnie się zbliżam. Z matami pracuje się genialnie. Ładnie się rozcierają i fajnie budują. Za to błyszczący rząd satynowo-perłowych cieni daje efekt wow. Wymaga jednak nieco innej pracy. Aby cienie były mocno skoncentrowane najlepiej aplikować je palcem.. jest to jednak norma w przypadku tego typu cieni, a wszystko zależy od efektu jaki chcemy uzyskać.

Link do sklepu: Look Top



NABLA - DREAMY EYESHADOW PALETTE
Nabla to moja druga ukochana paleta z tym, że nieco bardziej szalona w porównaniu do Lorac. Z tego też względu sięgam po nią o wiele rzadziej. Jednak jakość tej palety jest niesamowita. Cienie są tu nawet bardziej napigmentowanie niż w przypadku Lorac. Nie jest to jakaś mega drastyczna różnica ale jednak. W przypadku Nabli wystarczy musnąć cień pędzlem i już jest z czym pracować. Pomimo tego, że paleta bardzo mi się podobała to nie byłam przekonana czy taki cień jak Seniorita kiedykolwiek będzie w użyciu.. był! i to nie raz! Żeby nie było tak kolorowo paleta ma wadę o nazwie Delirium.. fatalna jakość cienia. Zupełnie nie chwyta pędzla, a jeśli już to prędzej wyląduje na policzku niż na powiece. Z resztą ja w fioletach nie czuję się za dobrze więc nie jest to jakaś bolesna strata. Za to cała reszta? Absolutnie genialna i wyjątkowa!

Link do sklepu: e-zebra



COULEUR CARAMEL - MASCARA BIO
W zasadzie trudno tu mówić o jednym tuszu do rzęs, bo na wyróżnienie tak naprawdę zasługują wszystkie tusze marki Couleur Caramel. Wersji Bio w pięknym biało-drewnianym opakowaniu używam od początku grudnia i przyznaję rację innym dziewczynom.. jest świetna! Jednym z hitów 2019 rok będzie również wersji Revolution, o której również złego słowa powiedzieć nie mogę. Z naturalnymi maskarami często jest ten problem, że się rozmazują, słabo podkreślają rzęsy.. ale nie Couleur Caramel. Na chwilę obecną nie planuję zdradzać ich z innymi. Co więcej maskara Bio będzie do zdobycia w rozdaniu na blogu, bo tak właśnie zagłosowała większość, a jeśli robić rozdania to tylko z największymi perełkami!

Link do sklepu: Ekozuzu


CLAVIER - KĘPKI RZĘS
Tego się nie spodziewałam w 2019. Kiedyś miałam kilka spotkań z kępkami, paskami czy połówkami rzęs ale były to jednorazowa przygody. Szału nie było. Zazwyczaj takie sztuczny twór czułam i w jakimś stopniu zawsze mi trochę przeszkadzał. Gorzej gdy wyglądało do zbyt nachalnie i sztucznie. Jednak kępki Clavier pokochałam przy pierwszym spotkaniu. Są cudownie delikatne.. ale również paseczek jest tak skonstruowany, że zupełnie się nie odcina przy powiece. Mogę spokojnie pominąć wykonanie kreski, która ma za zadanie kamuflować widoczność sztucznych rzęs. Nawet siedzące obok mnie osoby nie dostrzegają, że je mam. Prędzej pada pochwała ogólnego makijażu 😁 Genialne są.. a na ten rok mam już solidny zapas ❤

Link do producenta: Clavier



KOBO - EYEBROW SHAPING GEL 
Żele do brwi to zdecydowanie moja ulubiona forma podkreślania brwi. Nie lubię bawić się w nic innego. Lekkie podkreślenie zazwyczaj w pełni mnie zadowala i mam w nosie to, że nie wpisuje się w aktualne trendy. Jego dodatkowym plusem jest to, że pięknie ściąga ewentualny puder, który zebrał się na brwiach podczas makijażu. Żelem niezwykle łatwo się pracuje. Nigdy nie miałam wrażenia, że przesadziłam, a w chwili gdy się spieszę dobrze jest mieć tę pewność, że nie muszę się zbytnio starać. 
Link do produktu: Kobo - Eyebrow Shaping Gel

W tym roku stawiam jednak na przekraczania swoich granic. Już dawno na moich powiekach nie gościł eyeliner.. a przecież dwa czekają gotowe do użycia. Podobnie z pomadą do brwi i rozświetlaczem... tak. Jak widać można nie czuć mięty do rozświetlaczy 😂 co nie oznacza, że jestem fanką totalnego matu 😉 Jestem ciekawa czym mnie 2020 rok zaskoczy w kwestii makijażu.


lipca 29, 2019

CZYM WYKOŃCZYĆ MAKIJAŻ? TYLKO AIRBRUSH FLAWLESS FINISH OD CHARLOTTE TILBURY! GENIALNY PUDER Z EFEKTEM FOTOSHOPA

CZYM WYKOŃCZYĆ MAKIJAŻ? TYLKO AIRBRUSH FLAWLESS FINISH OD CHARLOTTE TILBURY! GENIALNY PUDER Z EFEKTEM FOTOSHOPA

Nie pamiętam w swojej makijażowej "karierze" abym do jakiegokolwiek pudru wracała, czy chciała wrócić. Najczęściej tego typu produkty nie robią na mnie wrażenia, chociaż trudno jest się bez nich obejść nawet w najbardziej podstawowym makijażu. O wiele bardziej ciekawią mnie nowinki, które mam chęć przetestować niż wracać do czegoś co było.. i całkiem sporo czasu mi towarzyszyło. Chociaż nigdy szczególnie nie dzieliłam pudrów z uwagi na ich przeznaczenie.. bo puder to puder, to przy Charlotte Tilbury zaczęłam.


Zazwyczaj w użyciu posiadam jeden.. dwa pudry. Najczęściej do tego grona zalicza się puder o wykończeniu matującym, który jednocześnie ma utrwalić makijaż oraz zdjąć ze skóry blask. W przypadku bardzo matujących pudrów, które wykańczały skórę niczym obsypane mąką, konieczne stały się w użytkowaniu mgiełki utrwalajace lub chociaż wody termalne, które były w stanie zdjąć pudrowość.

Nigdy nie byłam zwolenniczką otwierania kilku pudrów jednocześnie. Oczywiście w okresie letnim do użytku trafiają pudry o nieco ciemniejszej kolorystyce, a na zimę wymieniam je na jaśniejsze. najlepszą opcją zawsze wydawały mi się wersje transparentne.. ale tak naprawdę nawet one jakiś kolor zostawiają.

Charlott Tilbury to zdecydowanie moje "widzi mi się", które postanowiłam spełnić. Na polskim rynku ciąż nieobecna marka ale liczę, że to się w dość szybkim czasie zmieni. Puder Airbrush Flawless Finish Charlott to nie jest tani wydatek (około 160 zł) i raczej trudno go usprawiedliwić. Natomiast na stronach polskich sklepów musimy zapłacić za prawie 240zł.. a to już przesada. 


Do założenie, że kolorówkę się "używa", a nie koniecznie "zużywa" jakoś trudno mi się przekonać, a tym bardziej dostosować. Zazwyczaj swoje wybory makijażowe stają się dość dobrze przemyślane, chociaż po ostatnich spotkaniach blogerskich i paczkach jakie przytargałam do domu jestem skłonna.. a nawet zmuszona zmienić swoje nastawianie.. ale wciąż nie do produktów które sama kupuję.. one mają być dobrze przemyślane!

I tak było w przypadku Charlotte. Obszerne poszukiwania, dziesiątki pytań.. i jest! Wybrałam odcień Medium, który towarzyszy mi od pierwszej opalenizny do połowy jesieni. Zimą puder nadaje moje skórze zbyt ciepłego odcienia. Teraz wiem, że delikatnie przestrzeliłam z kolorem, bo obecnie przez większość czasu chodzę szczęśliwie blada. Traktuję to jako doświadczenie.. i wiem, że kolejny odcień będzie jaśniejszy. 

Wraz z letnim sezonem puder znów wrócił do łask i bardzo się cieszę bo go uwielbiam!


Airbrush Flawless Finish nie należy traktować w kategorii zwykłego pudru, czy też pudru utrwalającego. To przede wszystkim puder wykańczający.. niekoniecznie w roli finansowej.. chociaż? Puder można aplikować na już przypudrowaną skórę lub bezpośrednio na podkład. Jednak w tej drugiej roli należy brać poprawkę, że jeśli mamy problem z trwałością makijażu na naszej skórze to Charlott nie koniecznie nam w tym pomoże.

Do czego w takim razie potrzebna jest Charlott? Jeżeli masz dość matowego wykończenia, jeżeli twój puder nie niweluje widoczności drobnych linii czy porów, jeśli marzysz o miękkim wykończeniu skóry to Charlott to zapewni.

Osobiście swoją Charlott bardzo oszczędzam i jest to jedyny puder który zużyję do ostatniego pyłku z wielką przyjemnością, a później kupię kolejny bez najmniejszego zająknięcia czy żalu nad wydaną złotówką.

Charlott robi niesamowitą robotę. Uwielbiam patrzeć jak rozmywa fakturę skóry, jak chowa pory skóry i delikatne linie czy nierówności. Przy okazji nie sprawia, że makijaż staje się cięższy pod dodatkową warstwą kolejnego produktu.. wręcz przeciwnie.


Skóra zyskuje pewną lekkość i miękkość. Efekt fotoshopa, który obserwuję po jednym pociągnięciu pędzla jest niesamowity. Co więcej jestem w stanie w ciągu dnia dołożyć leciutką warstwę pudru i wcale nie mam wrażenia przeciążenia skóry. Dodatkowo mam wrażenie, że aplikowany wcześniej podkład zyskuje. Z Charlotte nie kojarzę aby jakiś podkład brzydko się ważył.. może nie uratuje wszystkiego ale przy innych pudrach często bywało gorzej. 

Na uwagę zasługuje konsystencja pudru. Zwróć uwagę, że mimo użytkowania i widocznego denka nie ma tu nierówności ani grudek. Puder ma niezwykle jedwabistą i gładką strukturę. W dotyku robi wrażenie raczej suchego ale ta jedwabistość i mikroskopijna miałkość jest nie do opisania. To jest to co nadaje pudrom wyższą jakość.



Kolor na zdjęciach jest niestety przekłamany i nieco jaśniejszy niż w rzeczywistości. Próbowałam podkręcić go poprzez obróbkę ale zaczął wpadać w różowe tony, a wcale takich nie posiada. Posiada ładny ciepły odcień idealny dla lekko opalonej cery. Nadaje lekkiego kolorytu dlatego odcień warto dość dobrze przemyśleć. 

Opakowania Charlotte wygląda fenomenalnie. Jest dopracowane w szczegółach i cieszy oczy. Całość wygląda przepięknie i luksusowo ale.. jest to plastik. Na szczęście dobrej jakości. Chociaż zdarza mi się go nosić w torebce (obowiązkowo zawsze towarzyszy mi przy większych wyjściach i wyjazdach), gdzie szkiełko ochronne mojego telefonu już 4 razy w tym roku przegrało walkę.. to opakowanie pomimo kilku rys wciąż ma się całkiem nieźle!

Skład? Z całą świadomością.. nie jest to puder o naturalnym składzie. Jednak to co mi oferuje spełnia moje oczekiwania w całości. Jeżeli odnajdę jego zamiennik w naturalnym wydaniu będę przeszczęśliwa!

Skład (INCI): Talc, Mica, Polymethyl Methacrlate, Dimethicone, Silica, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Cetearyl Ethylhexanoate Zinc Stearate, Zea Mays (Corn) Starch, Chlorphenesin, Potassium Sorbate, Tocopheryl Acetate, PEI-10, Propylene Glycol Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Rosa Multiflora Flower Wax, Tetrasodium EDTA, Water, Dimethiconol, Tilia, Cordata Flower Extract (Tilia Cordata Extract), Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, May Contain: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxide (CI 77491, CI 77492, CI 77499)

Fakt występowania w skałdzie naturalnych składników jakoś wcale mnie nie pociesza. Na szczęście nie jest to produkt po który sięgam codziennie. W dodatku termin jego ważności to 2,5 roku i bez problemu zmieszczę się w tym okresie aby go zużyć. Czy do długo? Podobno strasznie się ślimaczę 😅 a jednak denko jest już spore.. znacznie większe niż na załączonych zdjęciach 😁


Wiem, że Charlotte cieszy się różnymi opiniami.. ale z tego co zauważyłam to większość osób zarzuca jej brak utrwalania makijażu.. sęk w tym, że nie jest to puder utrwalający!

Poza tym część osób chwali sobie aplikację tego pudru przy użyciu gąbki 🤔 ciekawe podejście.. jednak mi jakość szkoda wkładać wilgotną gąbkę do pudru w sprasowanej postaci. Nie chodzi o Chalotte ale o wszystkie tego typu pudry. Obawiałabym się, że na ich powierzchni powstanie skorupka 🥚.. i po pudrze.. a może jednak niepotrzebnie dramatyzuję? 

Póki co wypatruję marki w Sephorze, bo ponoć powinna pojawić się jeszcze w tym roku. To dobra wiadomość, bo sprowadzanie jej z zagranicy jest nieco problematycze. W dodatku puder jest na tyle delikatny, że mógłby nie przetrwać upadku, a tym bardziej podróży 😟

PS. W weekend miałam z mężem mały wypad.. i nie wzięłam Charlotte! Autentycznie odczułam jej brak.. chociaż nie należę do osób, która po każdym wejściu do toalety poprawiają makijaż 😅 Mogę nie zabrać ze sobą pomadki, kremu do rąk, chusteczek, plastrów na odciski z małpkami.. ale Charlotte musi być! 🤪


kwietnia 21, 2019

MAKE UP FOR EVER - FULL COVER EXTREME CAMOUFLAGE CREAM, CZYLI KILKA SŁÓW O JEDNYM Z NAJMOCNIEJ KRYJĄCYCH KOREKTORÓW NA RYNKU

MAKE UP FOR EVER - FULL COVER EXTREME CAMOUFLAGE CREAM, CZYLI KILKA SŁÓW O JEDNYM Z NAJMOCNIEJ KRYJĄCYCH KOREKTORÓW NA RYNKU

Strasznie mało tu kolorówki ale mam nadzieję to pomału odczarowywać. Mimo wszystko o pielęgnacji pisze się znacznie łatwiej. W przypadku kolorówki warto wziąć pod uwagę nie tylko wszystkie aspekty produktu ale również pielęgnację, która jest aplikowana pod taki produkt, jak również pozostałe produkty makijażu. Wpływ może mieć wszystko na ocenę, więc dobrze jest ją gruntowanie przebadać. Korektor to akurat jeden z tych nieszczęsnych produktów, który zazwyczaj znajduje się między młotem, a kowadłem. Nie ma lekko, a wymagania w stosunku do niego zazwyczaj są ogromne. Z czasów kiedy jeszcze nie interesowałam się naturalnym działem makijażu pozostał mi produkt marki Make Up For Ever. Kupiony w perfumerii Sephora, został mi polecony, a odcień odpowiednio dobrany.. jak się spisał?


Od producenta:
Full Coover jest korektorem kamuflującym w kremie, dostosowującym się do potrzeb który maskuje zarówno drobne jak i poważne niedoskonałości skóry. Dzięki stabilnej formule jest odporny w najbardziej ekstremalnych warunkach przez cały dzień.

Zdaję sobie sprawę, że jest to już dość kultowy produkt i dobrze znany, jednak przed jego zakupem nie wnikałam specjalnie w opinie na jego temat, ani tym bardziej po zakupie czy przed opisem wrażeń z jego użytkowania.

Termin ważności to 12 miesięcy od otwarcia.. i z całą pewnością towarzyszył mi bite dwa lata.. oczywiście na moją odpowiedzialność. W tym czasie nic się z nim nie działo. Konsystencja się nie zmieniła, podobnie zapach, czy działanie dlatego nie widziałam potrzeby aby go wyrzucać.. aż do teraz.


Korektor - kamuflaż.. to określenie najlepiej oddaje jego działanie. Krycie jest tu niezwykle konkretne z dodatkową możliwością budowania ale wymaga pewnej wprawy i dokładności. To niej jest korektor, który wybaczy pośpiech i niechlujstwo. Nie jest łatwy we współpracy nawet gdy poświęcę mu więcej uwagi. Potrafi się zemścić w postaci widocznych plam i podbić strukturę skóry. To wszystko z miejsca sprawia, że nie jest to korektor który można aplikować pod okolice oczu. W moim przypadku nawet wypielęgnowana skóra pod oczami z tym korektorem potrafi wyglądać na bardzo wysuszoną.. dlatego tych praktyk szybko zaprzestałam.

Przez cały okres użytkowania miałam z nim zmienną relację love / hate.

Nie potrafiłam go dopasować do żadnej pielęgnacji, ani do żadnego podkładu czy pudru. Aplikowany punktowo pod podkład czy na podkład dość szybko uwidaczniał się w postaci plam, które wyróżniały się ciastkową strukturą. Najgorzej spisywał się w okresie letnim kiedy pod wpływem temperatur skóra mocniej pracowała. Potrafił się ważyć, robić plamy.. ale nigdy! przenigdy.. nie oksydował. 

Stabilność koloru to coś co jest dla mnie niezwykle istotne. O ile widoczność korektora wiąże się raczej z moją nieudolnością aplikacji lub brakiem porozumienia z pielęgnacją czy podkładem to zmiana koloru jest już ewidentnie winą produktu.. a tu tego nie ma i nigdy nie było. 


To właśnie stabilność koloru i bardzo dobre dopasowanie do odcienia mojej karnacji sprawiły, że chciałam o korektor powalczyć. 

Kwestia rozwiązania solowego spoczęła na laurach i z tym raczej się nie pogodziłam. Na szczęście znalazłam dla niego zastosowanie, które w pełni mnie satysfakcjonowało. Korektor przez większość swojej pojemności służył mi jako.. wzmocnienie krycia podkładów i kremów BB. 

Niewielką ilość korektora mieszałam na dłoni z podkładem lub kremem BB, a następnie aplikowałam gąbką na skórę. Ponieważ korektor sam w sobie jest produktem trwałym i szybko zastygającym, to swoje właściwości przekazywał podkładom. Szczególnie upodobałam sobie mieszanie go z kremem Illuminating Supple Blemish Cream BB marki Klairs. Zwiększone krycie, trwałość, brak oksydacji.. to dokładnie to czego potrzebowałam w kremie Klairs.


Skład (INCI): Aqua (Water), Polyglyceryl-3 Diisostearate, Isododecane, Cyclopentasilocane, Glycerin, Polyethylene, Disteardimonium Hectarite, Microcrystalline Cellulose, Phenoxyethanol, Sodium Myristayl Glutamate, Magnesium Sulfate, Silica Dimethyl Silylate, Sodium Chloride, Xanthan Gum, Propylene Carbonate, Talc, Chlorphenesin, Methylparaben, Propylparaben, Octyldodecyl Myristate, Sodium Dehydroacetate, Capparis Spinosa Fruit extract, Allantoin, Dimethicone/Vinyl Dimenhicone Crosspolymer, Tetrasidium EDTA, Aluminum Hydroxide, BHT, [+/- CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491 (Iron Oxides), CI 77492 (Iron Oxides), CI 77499 (Iron Oxides)]

Chociaż producent zapewnia, że jest to produkt "Non-Comedogenic" to przy systematycznym użytkowaniu (nawet w formie rozcieńczonej) potrafił z czasem wpływać negatywnie na skórę. W dodatku wodoodporna formuła z miejsca wymagała mocniejszego oczyszczania skóry, a na dłuższą metę moja skór bardzo źle znosi takie traktowanie. Stąd rozwiązanie zagadki, jakim cudem nie udało mi się zużyć korektora o pojemności 15ml w ciągu roku.. zwyczajnie nie mogłam go używać często.



Korektor ma sporo wad ale podejrzewam, że w rękach fachowca i osoby ze sporą dawką cierpliwości stanie się potężną bronią w kamuflowaniu niedoskonałości i przebarwień. Pod tym względem nie mogę mu zarzucić absolutnie nic, bo spisuje się rewelacyjnie, a przy okazji zapewnia trwałość. 

Podejrzewam, że najlepiej sprawdzi się w duecie z równie mocnym i trwałym podkładem, a ja takich nie posiadam stąd pewny zgrzyt z podkreślaniem tekstury skóry i jego widocznością. Ogromnym plusem jest również jego wydajność. Niezależnie od tego czy używałam go miejscowo czy mieszałam z innymi produktami był niewiarygodnie wydajny. Niewielka kropka potrafiła zakryć bardzo konkretne przebarwienie, a co wymieszania z innym podkładem potrzeba niewielkiego paska.


W pełni rozumiem dlaczego ten korektor został mi polecony. Ma dokładnie to czego od korektorów powinno się oczekiwać i pod tym względem raczej nikogo nie zawiedzie. Inną kwestią jest to jak go używamy i z czym łączymy.. być może jego widoczność to wyłącznie moja wina.

Dodatkowo pełnił u mnie od czasu do czasu funkcję bazy pod cienie. Bardzo fajnie wyrównywał koloryt skóry, a także ładnie trzymał cienie. Jednak z uwagi na to, że szybko zasychał to równie szybko należało pracować z cieniami. 

Nie planuję powrotu do niego, z uwagi na skład oraz wodoodporną formułę. Dodatkowo dla mojej skóry jest zbyt ciężki na co dzień ale w roli produktu na większe wyjścia, gdy potrzebuję większego krycia i przedłużonej trwałości niemal zawsze trafia do użytku.. tym oto sposobem lada dzień trafi do miesięcznego denka. Z jednej strony cieszę się, a z drugiej czuję niepokój, bo nie pamiętam abym o jakimkolwiek korektorze pisała cokolwiek dobrego 😬 



lutego 07, 2019

KLAIRS - ILLUMINATING SUPPLE BLEMISH CREAM SPR 40, PA++. UTYTUŁOWANY NAJLEPSZYM KREMEM BB W AZJATYCKIM RANKINGU GLOWPICK NA 2018.. CZY W EUROPIE BĘDZIE MIAŁ RZESZĘ FANEK?

KLAIRS - ILLUMINATING SUPPLE BLEMISH CREAM SPR 40, PA++. UTYTUŁOWANY NAJLEPSZYM KREMEM BB W AZJATYCKIM RANKINGU GLOWPICK NA 2018.. CZY W EUROPIE BĘDZIE MIAŁ RZESZĘ FANEK?

Idealny Cream BB.. tak właśnie jest określany. Moją uwagę zwrócił w czasie kiedy jeszcze nie był dostępny na Polskim rynku, a gdy już się pojawił to mam wrażenie, że jest o nim cicho. Laureat wielu nagród zagranicznych, w tym koreańskiego Glowpick Consumer Beauty Awards z 2018 w kategorii najlepszy BB Cream. Czy to jednak oznacza, że coś co jest hitem azjatyckich rankingów beauty ma szansę sprawdzić się na europejskim rynku? Założenia są dość obiecujące ale pamiętajmy, że pod uwagę należy wziąć inny typ urody oraz wymagania europejek co do finalnego wyglądu.


Długo rozważałam zakup Illuminating Supple Blemish Cream. Swojej decyzji nie oparłam na azjatyckich rankingach ale głównie na recenzjach, które zaczęły się pojawiać w Europie. Już wówczas był to krem inny niż wszystkie. Ciekawostką był fakt, że występuje w jednym kolorze, a mimo to potrafi się dopasować.

Od producenta:
Dear Klairs illuminating Supple Blemish Cream daje efekt wybielenie skóry i poprawy nierówności dla jedwabiście gładkiej skóry, jednocześnie chroniąc skórę przed promieniami UV A i B.

Stosować po podstawowej rutynie pielęgnacji skóry. Rozprowadź równomiernie opuszkami palców i delikatnie wklep w skórę.


Miękka plastikowa tubka o pojemności 40 ml z nakrętką.. w zasadzie nigdy nie sprawiała mi problemów. Nawet obecnie pod koniec opakowania wystarczy, że krem postawię na nakrętce i nie mam najmniejszego problemu z wydobyciem zawartości. Jakimś dziwnym trafem nigdy nie zgubiłam nakrętki, nigdy nic mi się nie wylało, a sama tuba wciąż wygląda jak świeżo kupiona.

Zapach kremu BB jest chemiczny. Dla mnie to typowy aromat drogeryjnych podkładów do którego przez lata zdążyłam się przyzwyczaić. Nie jest szczególnie meczący ale na szczęście dość szybko znika ze skóry.

Krem Illuminating Supple Blemish występuje tylko w jednym odcieniu. Kolor został tak wypracowany, aby nadawał się zarówno do karnacji o tonach chłodnych jak i ciepłych. Kolor jest niesamowicie neutralny. Z kremu BB korzystałam zarówno latem jak i w okresie zimy. Nigdy nie miałam wrażenie, że jest za jasny lub za ciemny, a to bardzo niezwykłe. Sądzę, że sprawdzi się zarówno u osób z bardzo jasną (być może nawet z porcelanową) karnacją jak i osób z delikatnie ciemniejszą. Dla średnich karnacji Illuminating Supple Blemish może okazać się jednak za jasny. Swoją drogą to było do przewidzenia. Produkt dedykowany jest na rynek azjatycki gdzie od dawna panuje moda na bardzo jasną cerę.

Konsystencja jest bardzo lekka, kremowa.. może nawet ciut silikonowa. Aplikując niemal do razu mam się poczucie mokrej skóry. Początkowo produkt daje efekt promiennej, rozświetlonej skóry ale wystarczy dać mu chwilkę. Krem na skórze zastyga ale nie na skorupę, to wciąż elastyczna powłoczka która pracuje wraz z mimiką twarzy, traci jednak na swoim blasku ale w dobrym znaczeniu. Efekt jaki pozostawia to satynowa świeżość. Daleko tu do niezdrowego blasku jak i to płaskiego matu. To efekt na myśl przywołuje idealnie wypielęgnowana skóra bez grama makijażu.


Na przestrzeni miesięcy jakie razem spędziliśmy próbowałam Illuminating Supple Blemish Cream aplikować na kilka sposobów.

Aplikacja przy użyciu pędzla ma o tyle sens jeżeli zależy nam na uzyskaniu większego krycia. Należy wówczas aplikować niewielkie ilości na niewielkich obszarach i delikatnie je rozprowadzać. Warto w tym przypadku mieć bardzo dobrze oświetlone miejsce, bo z uwagi na swoją wodnisto-kremową konsystencję krem może pozostawiać smugi. Dodatkowo nieuważne rozprowadzenie przy linii żuchwy może pozostawić nieestetyczne odcięcie. Nie stanowi to jednak katastrofy, bo produkt nie ma w zwyczaju zastygać na skórze co pozwala ma dodatkowe poprawki. Krycie jakie osiągniemy przy aplikacji pędzlem jest nieco mniej niż średnie. Większe zmiany na skórze nie zostaną zakryte ale na zakrycie tych mniejszych możemy liczyć.

Aplikując krem Illuminating przy użyciu mokrej gąbki uzyskujemy cieńszą warstwę na skórze, a co za tym idzie delikatniejsze krycie niż w przypadku pędzla. W tym przypadku trudno o jakiekolwiek smugi, ale z uwagi na konsystencję i porowatość gąbki sporo produktu wsiąka w gąbkę, co dość boleśnie może przełożyć się na wydajność produktu.

Krem BB bez trudu można aplikować przy użyciu palców. Rozprowadzanie jest bardzo łatwe i przyjemne. Trudno tu o plamy i smugi nawet jeżeli w lustro patrzymy tylko jednym zaspanym okiem. W tym przypadku krycie jakie możemy osiągnąć jest lekkie. To bardziej wyrównanie ogólnego kolorytu cery. Jeżeli zależy nam na dodatkowym kryciu warto chwilę odczekać, aż pierwsza warstwa lekko zastygnie i wówczas dołożyć kolejną.


Wykończenie jakie daje na skórze jest bardzo miękkie. Krem nie podkreśla niedoskonałości ani nie wydobywa faktury skóry. Bez trudu możemy liczyć ukrycie porów, zaczerwienia skory, niewielkie niedoskonałości. To efekt naszej skory ale w lepszej wersji. Nie należy oczekiwać, że Illuminating Supple Blemish Cream całkowicie odmieni naszą skórę. Niedoskonałości i wady pozostaną ale będą mniej widoczne. W zamian możemy oczekiwać, że mało kto będzie w stanie zauważyć, że na twarzy mamy cokolwiek. Warunek jaki należy przy tym spełnić to aplikacja bez przesadnego nawarstwiania produktu.


Skład (INCI): Water, Cyclopentasiloxane, Butylene Glycol, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Betaine, Cetyl Ethylhexanoate, Titanium Dioxide, Caprylic/Capric Triglyceride, Niacinamide, Polysorbate 60, Dimethicone, Cetyl Peg/Ppg-10/1 Dimethicone, Zinc Oxide, Yellow Oxide of Iron, Isoamyl P-Methoxycinnamaye, Diethylsmino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Bentonite, Sodium Chloride, Silica, Red Oxide of Iron, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Stearic Acid, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Chlorphenesin, Talc, Black Oxide of Iron,  Tocopheryl Acetate, Fragrance, Centella Asiatica Extract, Sodium Hyaluronate, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Portulaca Oleracea Extract, Piper Methysticum Leaf/Root/Stem Extract, Illicium Verum (Anise) Fruit Extract, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Extract, Nelumbium Speciosum Flower Extract, Paeonia Suffruticosa Root Extract, Scutellaria Baicalensis Root Extract, 1, 2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Butylene Glycol, Adenosine, Sodium Ascorbyl Phosphate, Linum Usistisimum (Linseed) Seed Extract, Hibiscus Esculentus Fruit Extract,  Alle Barbadensis Leaf Juice, Arctium Kappa Root Extract, Hibiscus Mutabilis Flower Extract, Corchorus Olitorius Leaf Extract.

Skład oczywiście nie jest naturalny ale sporo w nim fajnych takich jak betaine, która ma bardzo dobre właściwości wiążące wodę w naskórku. Nancynamide czyli witamina B3, która stymuluje syntezę kolagenu, rozjaśnia przebarwienia i poprawia nawilżenie. Witamina E, która działa odżywczo i ochronne. Wyciąg z wąkroty azjatyckiej o działaniu odkurczającym i przyśpieszającym gojenie, a także kwas hialuronowy, ekstrakt z korzenia lukrecji gładkiej, ekstrakt z anyżu, wyciąg z grejpfruta, wyciąg z kwiatu lotosu, ekstrakt z korzenia piwonii, wyciąg z tarczycy bajkalskiej i wiele innych.

Znajdziemu tu również filtry przeciwsłoneczne (fizyczne) w postaci tlenku cynku, dwutlenku tytanu, amiloxate, bemotrizinol itp, a także substancje, które mają za zadanie pochłaniać wilgoć, pot i sebum aby dłużej zachować świeżość makijażu (np. bentonit, dwutlenek krzemu, talk)

Zastosowany tu silikon ułatwia znacząco rozprowadzanie produktu ale nie jest komedogenny dzięki czemu nie zatyka porów ani nie przyczynia się do powstawania zaskórników. Są jednak inne składniki, które cechują się większą lub mniejszą komedogennością

Niestety są również takie składniki, których wolałabym nie widzieć.


Jeśli chodzi o trwałość produktu w wersji bez przypudrowania nie jest powalająca. Już po dwóch godzinach w mojej strefie T zaczyna się coś dziać. W tym obszarze krem zaczyna tracić swoją stabilność i wystarczy lekkie otarcie aby został starty. Lekkie przypudrowanie bez pocierania pędzlem przedłuży trwałość ale z racji tego, że produkt ma bardzo naturalne wykończenie w stylu rozświetlonej naturalnie skóry, trzeba liczyć się z tym, że puder należy zaaplikować na całą twarz. Z tego też względu jeżeli zależy mi na dłuższej trwałości produktu po aplikacji od razu utrwalam go pudrem. Nie wydłuża to w znaczący sposób trwałości ale na nieco dłużej mam spokój. O ile w strefa T pod względem trwałości ma się dość przeciętnie to bardziej suche strefy mają się świetnie. Niezależnie od tego czy utrwalę krem pudrem czy nie, to nie mam na co narzekać. Skóra wygląda na promienną i gładką.

Ponieważ krem w strefie T sprawiał mi trochę problemu zaczęłam dodawać do niego niewielką ilość korektora. Dzięki temu uzyskałam nieco większe krycie, a z uwagi na to, że korektor ma formułę zastygającą również zwiększoną trwałość. To właśnie w tej kombinacji zużyłam większą część pojemności Illuminating Supple Blemish Cream. Ma to swoje konsekwencje, bo automatycznie zmieniła się formuła produktu. Takiej mieszanki nie jestem w stanie aplikować palcami, a jedynie rozprowadzać cienkimi warstwami przy użyciu gąbki. Jednak aby móc częściej korzystać z kremu  Klairs niż tylko w dni kiedy moja skóra ma się wyjątkowo dobrze, a temperatura na zewnątrz jest całkowicie neutralna musiałam podjąć takie kroki. Przy okazji to dla mnie okazja do zużycia dwóch produktów, które użytkowane razem eliminują wzajemnie swoje wady.
 

W zasadzie rozumiem zachwyty nad tym produktem ale nie jest to w moim odczuciu produkt dla wszystkich. Azjatki są znane z dbania o urodę i zdrowie na wysokim poziomie. Nie chodzi tu tylko o pielęgnację ale również zdrowe odżywianie. Efektem są niemal nieskazitelne cery i do takich krem Illuminating Supple Blemish Cream jest kierowany. Oczywiście można wyciągnąć z niego ciut więcej. Bez większych oporów wyrówna koloryt cery, lekkie przebarwienia, pory i niedoskonałości. Jednak to produkt dla tych, którzy lubią swoją cerę w takim stanie jakim ona jest. Krem nie zakryje wszystkiego ale z całą pewnością sprawi, że niezależnie od stanu wyjściowego nasza skóra będzie wyglądać lepiej. W zasadzie nie mam o nim złego zdania. Gdy moja skóra jest w lepszej kondycji lubię z niego korzystać bez dodatkowych wspomagaczy. Trudno z nim przesadzić, można aplikować jedynie w problematycznej strefie, pięknie stapia się ze skórą.. ale nie do końca jesteśmy sobie pisani.


Copyright © 2014 Kosmetyczny Fronesis , Blogger