sierpnia 18, 2017

TRZY PEELINGI KAWOWE DO CIAŁA - NACOMI, BODY BOOM, ACHAE. CZY JEST MIĘDZY NIMI RÓŻNICA?

TRZY PEELINGI KAWOWE DO CIAŁA - NACOMI, BODY BOOM, ACHAE. CZY JEST MIĘDZY NIMI RÓŻNICA?

Zdecydowanie mogę nazwać się fanką złuszczania. W zeszłym roku prym wiodła w mojej łazience rękawica Kessa, którą wciąż będę polecać i z przyjemnością jeszcze do niej wrócę alee.. po roku użytkowania zapragnęłam odmiany. Tym sposobem zaczęły pojawiać się w mojej łazience naturalne peelingi na bazie kawy. Dlaczego kawy? Solne peelingi często powodowały u mnie dyskomfort, a peelingi na bazie cukru (chociaż wciąż je uwielbiam) zwyczajnie mi się przejadły, a kawa.. Kto nielubi kawy ? ! I to najlepiej w jakimś słodkim wydaniu. 


Dziś przychodzą z dość nietypową jak na mnie recenzją porównawczą trzech różnych peelingów na bazie kawy. Dlaczego tak? Bo z mojego krótkiego doświadczenia wynika, że peeling peelingowi wcale równy być nie musi. Co więcej mogą się one od siebie różnić i to w dużym stopniu. Dlatego jeśli miałaś już jakieś doświadczenia z tym rodzajem produktów to wcale nie warto się zniechęcać.

NACOMI - KAWOWY PEELING


Peeling Nacomi rozpoczął moją przygodę z kawowymi zdzierakami i zdecydowanie jest mu za to wdzięczna. Swoją wersje kupiłam stacjonarnie w drogerii Hebe za około 46,00 zł ale warto polować na różne promocje. Pojemność 200g posłużyła mi przez siedem miesięcy ale nie bez powodu. Opakowania wszystkich przedstawionych tutaj peelingów są bardzo zbliżone do siebie. Oczywiście o wiele wygodniej byłoby je trzymać w zakręcanym słoiku ale to też żaden problem.. można sobie przesypać i tak też robię. Jednak same opakowania są wytrzymałe i dość odporne na wilgoć więc jeśli nie chcesz bawić się w przesypywanie to mogę jedynie zapewnić, że dadzą radę 😀


Od producenta: 
Jedyne rozwiązanie w walce z cellulitem. Ekstremalnie ujędrnia skórę i nawilża. Idealny po treningu i do regularnej pielęgnacji. Kawa robusta pobudza,  krążenie i poprawia wygląd skóry. Za sprawą ekstraktu z kawy redukuje cellulit i ujędrnia. Cukier trzcinowy idealnie złuszcza martwy naskórek oraz dba o odpowiednie nawilżenie skóry. Sól z Morza Martwego pomaga w oczyszczeniu skóry z toksyn. Masło kakaowe uelastycznie, ujedrnia i wygładza skórę. Olej arganowy działa odmładzająco oraz antyoksydacyjnie. Olej ze słodkich migdałów jest świetnym emolientem, wygładza i nawilża. Witamina E witamina młodości.

Skład (INCI): Coffea Robusta Seed Powder (kawa robusta), Sucrose (cukier trzcinowy), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almoond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Maris Sal (sól morska), Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter (masło kakaowe), Macadamia Ternifolia Seed Oil (olej macadamia), Tocopheryl Acetate (witamina E), Argania Spinosa Kernel Oil (olej agranowy), Parfum.



Peeling ten opisywany jest jako suchy i faktycznie taki jest. Bazą jest tu kawa i cukier, za to soli w tym chaosie trudno się doszukać. Podejrzewam, że mokre składniki takie jak olejki czy masło są wchłonięte przez kawę co oznacza, że ich ilość jest tu niewielka. Początkowo peelingiem byłam zachwycona, bo rewelacyjnie wygładza skórę i ją zmiękcza. Z czasem jednak coraz więcej jego wad zaczęłam odkrywać. Przy aplikacji spora jego część ląduje w brodziku, podczas pocierania również. 


Zapach w opakowaniu jest mocno kawowy ale jest to także wersja klasyczna więc tak powinno być. Jednak na ciele po przetarciu ręcznikiem coś się zmienia.. i czuję papierochy.. choć może słuszniejszym określeniem byłaby mocno spalona kawa. Po peelingu muszę koniecznie umyć skórę żelem, bo na ciele pozostaje "brudny" tłusty osad, który wraz ze spłukaniem peelingu nie znika. Jeśli tego nie zmyję, to brudne mam później ręczniki, których łatwo doprać nie jest.



Nie chcę się nad nim specjalnie rozwodzić, bo wypada tutaj zdecydowanie najgorzej pod każdym względem. Jednak jeśli masz chęć sprawdzić co jeszcze mi w nim przeszkadzało to zapraszam do posta: NACOMI - KAWOWY PEELING DO CIAŁA

BODYBOOM - KAWOWY PEELING KOKOSOWY


Na peelingi BodyBoom dość długo się czaiłam ale ich cena mnie odstraszała. Obawiałam się, że produkt nie okaże się wydajny, a ich cena obciążona jest głównie reklamą. Cóż, prawie 60 zł na peeling to sporo, ale gdy dowiedziałam się, że marka częśc dochodu przeznacza na schronisko dla zwierząt.. moje serce zmiękło. Ponadto były święta, moje urodziny, Nowy Rok potem zaraz imieniny.. powodów było wiele. BodyBoom wśród przedstawianych peelingów ma jednak pewną zaletę, która go wyróżnia.. drewniana mała łyżka, która ułatwia wydobycie z opakowania. Świetnie, że producent o czymś takim pomyślał!


Od producenta:
Jestem polskim peelingiem kawowym stworzonym z wysokiej jakości kawy i wielu naturalnych produktów. Zawarte we mnie składniki zwalczają cellulit oraz rozstępy, a przede wszystkim sprawiają, że Twoja skóra będzie wyglądać lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Poznajmy się bliżej!

Skład (INCI): Coffea Robusta Seed Powder, Sodium Chloride, Parfum, Prunus Amygdalus Dulcis Seed Oil, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Theobroma Cacao Seed Powder, Sucrose, Olus Oil, Tocopherol, Tocopheryl Acetate.


Zdecydowanie uwielbiam to jak peeling jest reklamowany ale zalet ma o wiele więcej. Peeling chociaż jest raczej sypki to wyczuwalna jest w nim pewna wilgoć. Całość jest bardzo drobna.. drobniejsza niż w przypadku Nacomi, chociaż podobno to ten sam rodzaj kawy. Widać gdzieniegdzie większe drobinki cukru ale bazą jest przede wszystkim kawa i gdzieś później sól. Zaskoczyło mnie to jak cudownie peeling przylega do ciała gdy jest ono zwilżone. Odpadów jest tu naprawdę niewiele! Za każdym razem łapię się na tym, że mogłam zaaplikować mniej..


Zapach jest świetny! To bardzo ładnie wyważona kawa z kokosem.. nieco słodka ale nie na tyle aby w upału wywoływała u mnie mdłości. Chociaż takie zapachy uwielbiam zimą to teraz w lecie służy mi rewelacyjnie.

Zaskoczyło mnie to, że nie wyczuwam tutaj bardzo ostrych drobin, które mogłyby powodować dyskomfort przy mocniejszym nacisku. Peeling zdecydowanie ma moc ale w użyciu jest bardzo przyjemny. Bez najmniejszego problemu się spłukuje (poniżej zdjęcie wyłącznie po spłukaniu wodą bez jakiejkolwiek pomocy) i pozostawia nawilżającą warstwę. Na ogół staram się nie wycierać ręcznikiem, a jedynie przykładać do skóry aby zdjąć nadmiar wody. Zdarza mi się jednak w pośpiechu wytrzeć ale ręcznik pozostaje czysty, a skóra i tak jest przyjemnie nawilżona. Ów nawilżenie utrzymuje się na skórze do następnego mycia, a skóra jest rewelacyjnie gładka przez 2-3 dni.



Wiem, że ten peeling można stosować również na twarz ale jeszcze się nie odważyła.. chociaż takiego zastosowania nie wykluczam. Mój dekolt, który jest dość wrażliwy bardzo dobrze reaguje na ten peeling więc podejrzewam, że skóra twarzy również by nim nie pogardziła.

Bardzo cieszy mnie fakt, że peelingi BodyBoom można kupić w mini wersjach w formie zestawu 7 peelingów. Bardzo chętnie poznam wszystkie!

ACHAE - KAWOWY PEELING KOKOSOWY


Zestaw peelingów Achae otrzymałam w konkursie od marki Achae, który odbywał się na blogu Anny Naturalna Zakupoholiczka. Zastanawiałam się czy dam radę porównać pełnowymiarowe opakowania peelingów Nacomi oraz BodyBoom do miniaturki, która powinna wystarczyć na jeden raz. Ale, że co? Ja nie dam rady?! 😂 Wszystkie trzy peelingi stosowałam jednocześnie, porównując je ze sobą.. na lewą nogę Achae, na prawą BodyBoom, ręce Nacomi.. i tak zamiennie. Można? 


Od producenta: 
Kawowy peeling kokosowy - naturalny, bez substancji chemicznych. Olejek kokosowy odżywia skórę. Kawa redukuje niedoskonałości. Brązowy cukier złuszcza martwy naskórek. Różowa sól himalajska odmładza i ujędrnia. 

Skład (INCI): Sodium Chloride, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Sucrose, Coffea Robusta Seed Powder.

 
Zaskoczył mnie ten peeling i to bardzo. Chociaż już po poście Anny wiedziałam, że peelingi Achae są niemal mokre, to i tak byłam zaskoczona. W tym przypadku peeling się nie sypie.. on wylatuje grudkami. Z taką ilością olejków jeszcze nigdy się nie spotkałam i już po pierwszym macaniu wiedziałam, że narodzi się z tego coś więcej. 

Konsystencja peelingu zdecydowanie się  wyróżnia i nie chodzi mi tu wyłącznie o nasączenie olejkami. W tym przypadku peeling wyraźnie działa na trzech frontach. W pierwszej kolejności wyczuć można ostrzejsze drobinki cukru, które dość szybko ulegają rozpuszczeniu. Później do głosu dochodzi kawa wraz z solą. Peeling nie jest bardzo nachalny ale radzi sobie rewelacyjnie. Świetnie trzyma się skóry co również przekłada się na jego wydajność. Dodatkowo wersja kokosowa peelingu pachnie bardziej słodko niż BodyBoom ale wciąż nie jest dusząca.


Podobnie jak w przypadku BodyBoom tu również mamy do czynienia z rewelacyjnym nawilżeniem skóry ale bez nieprzyjemnego oblepienia czy tłustości. Peeling wystarczy spłukać wodą, wszystko ładnie schodzi, prysznic nie jest brudny, ręczniki czyste, a skóra rewelacyjnie nawilżona. 
To co zasługuje na uwagę w przypadku peelingu Achae to jego skład, który jest prosty, krótki i wyłącznie na naturalnych składnikach. Nie dodano tu także substancji zapachowych. Za pełnowymiarowe opakowanie 200 g zapłacimy 49,00 zł, więc jest to cena środkowa z całej prezentowanej trójki. 

 

PODSUMOWANIE

Zdecydowanie w tym starciu najgorzej wypada peeling Nacomi. Kiepsko trzyma się skóry podczas aplikacji, ma najmniej przyjemny zapach, który mi osobiście przypomina popielniczkę, pozostawia tłustą ale brudną warstwę na skórze przez co po jego użyciu muszę dodatkowo umyć się żelem i ma najmniejsze działanie nawilżające. Jest to jednak peeling kawowy od którego moja miłość do tego typu formuł się zaczęła i wciąż kwitnie. Z całą pewnością nie można mu za to odmówić wydajności i tego, że świetnie złuszcza i wygładza skórę. Z całej trójki jest dodatkowo najtańszy.

Z pozostałą dwójką jest już znacznie trudniej. Różnią się między sobą dość znacząco. Achae jest bardzo mocno nasączony olejkami przez co jego konsystencja jest niemal morka. W dodatku jest to połączenie kawy, soli i cukru w związku z czym jego właściwości peelingujące powinny zadowolić najbardziej wybredne osoby. Za to BodyBoom chociaż ma bardziej sypką konsystencję to też wyczuć można pewną wilgoć ale bazą w jego przypadku jest kawa oraz sól. 

Oba peelingi rewelacyjnie złuszczają pozostawiając skórę gładką, miękką, odżywioną i nawilżają. W ich przypadku można całkowicie darować sobie dodatkowe nawilżenie skóry. Różnica jest jednak taka, że Achae robi to minimalnie lepiej i mocniej z uwagi na ogrom olejków w swoim składzie. Jednak mimo tego ogromu skóra nie jest oblepiona ani tłusta jak po naturalnym maśle shea. Bez obaw w obu tych przypadkach można przetrzeć skórę ręcznikiem i wskakiwać w ubranie czy piżamkę.

Z racji tego, że na chwilę obecną moja skóra została w niewielkim stopniu zaspokojona przez Achae z racji małych pojemności opakowań to właśnie do tej marki nieco większą ciekawość czuję. Najprawdopodobniej to właśnie Achae będzie kolejnym peelingiem pełnowymiarowym w moich zbiorach. Za to na BodyBoom z pewnością skuszę się w formie mini zestawu 7 peelingów, bo chcę poznać pozostałe nieziemskie zapachy.

 
Dlaczego warto przejść lub chociaż raz przetestować na sobie naturalne peelingi? 
  • Bo gdy raz przetestujesz będziesz wracać!
  • Są niewiarygodnie wydajne! Pojemność 200 g wystarczy mi często na 5-6 miesięcy użytkowania. 
  • Są nieporównywalnie bardziej skuteczne od peelingów, które w składzie zawierają mikrogranulki czy inną chemię, a efekt utrzymuje się znacznie dłużej.
  • Różnorodność konsystencji i zapachów.. tu znajdziesz prawdziwe aromaty bez chemicznej nuty i jestem przekonana, że wybierzesz coś idealnie dla siebie.
  • Naturalne peelingi często łączą w sobie dwie funkcje.. złuszczają ale także nawilżają dzięki zawartości olejków. Stosowanie balsamów po takim peelingu można sobie odpuścić.
  • Są bezpieczne dla nas, dla domowników i środowiska z uwagi na swoją biodegradalność.
Wiesz, że badania przeprowadzane na naszych Polskich rzekach i rzecznych rybach są po prostu straszne? ! Populacja ryb z każdym rokiem drastycznie spada, a niektóre gatunki uważa się za zagrożone. Tak! To nasza wina! Z pewnością obok miejsca gdzie mieszkasz przepływa jakaś mniejsza lub większa rzeczka. Zadbaj o nią! Myślenie, że tylko moja zmiana niczego nie zmieni jest błędne. Każda najmniejsza zmiana jest na wagę życia.. życia środowiska w którym żyjesz i być może będą w nim żyć Twoje dzieci i wnuki. Nie wiem jak Ty ale ja z każdym rokiem dostrzegam zmiany klimatyczne co mnie po prostu przeraża. Proszę nie zwalaj winy na wielkie fabryki, bo każda z nas jest taką małą fabryką.. a 100 takich mini fabryk to już sporo.. a jest nas przecież miliony. Nie namawiam do tego aby wszystko wyrzucić i nagle przejść na eko. Takie drastyczne zmiany nigdy się nie udają. Zużywaj to co masz ale stopniowo wprowadzaj także produkty naturalne.. ja tak robię, chociaż wciąż zdarza mi się pokusić o produkty chemiczne.. nad czym ubolewam ale staram się w tej kwestii pilnować i z każdym miesiącem jest lepiej.

Moja rada: zacznij od ciała! To największy obszar i to właśnie on pochłania najwięcej kosmetyków ale jest też najmniej wybredny. Samo przejścia na produkty do ciała przyjazne dla środowiska nawet jeśli to będzie sam żel, mydło, peeling lub tylko balsam zmieni naprawdę wiele! Trzymam za Ciebie kciuki!


A teraz uwaga! Na większą zachętę.. będzie konkurs! W sierpniu.. nie wiadomo dokładnie kiedy ani o której godzinie pojawi się post z peelingami marki Achae, a do wygrania zestaw mini peelingów. Zadanie będzie polegało na policzeniu.. czegoś.. pierwsza poprawna odpowiedz w komentarzu wygrywa! Bądź czujna! Więcej szczegółów.. czyli co konkretnie należy policzyć znajdziesz w poście o peelingach Achae.

Zapraszam również do poznania opinii innych dziewczyn:

Mama z różową torebką - 3 prdukty - peeling kawowy - Achae, EO Laboratorie, Nacomi, znajdziesz porównanie trzech rożnych peelingów w tym również Achae oraz Nacomi

Naturalna Zakupoholiczka - Peelingi do ciała Achae, znajdziesz opis wszystkich wersji peelingów Achae

oraz

Odcienie Nude - Kawowe peelingi Body Boom, wbrew pozorom ciężko było mi znaleźć osobę, która opisała wszystkie zapachy w jednym poście.. a przecież zapach to bardzo istotna sprawa!


Zastąpiłaś już jakieś chemiczne produkty naturalnymi ?
A może już dawno omijasz drogeryjne półki?
Spodziewałaś się, że naturalne peelingi tak bardzo mogą się od siebie różnić?

sierpnia 16, 2017

CD - NATUTALNY DEZODORANT HAPPY DEO ORANGE BLOSSOM

CD - NATUTALNY DEZODORANT HAPPY DEO ORANGE BLOSSOM

Na produkty CD natrafiłam przy okazji zbierania materiałów o dezodorantach pozbawionych soli aluminium. Gdy znalazłam je stacjonarnie w pobliskiej drogerii Rossmann, byłam przeszczęśliwa i z miejsca chwyciłam za dwie różne wersje. Dziś pod lupę biorę wersję w sprayu o zapachu Orange Blossom.


Producent nie jest zbyt wylewny w kwestii opisu produktu. Na opakowaniu znaleźć można jedynie krótką notkę, że produkt został przebadany dermatologicznie. Dodatkowa informacją jest "No aluminium salts", czyli brak soli aluminium w składzie produktu, brak olejów mineralnych, parabenów, silikonów, barwników i związków odzwierzęcych, a także to, że produkt jest odpowiedni dla wegan.


Lubię szklane opakowania i wszystkie inne które można poddać recyklingowi, zwrócić lub przynajmniej jakoś sensownie wykorzystać. W tym przypadku jednak nie do końca jestem usatysfakcjonowana, ponieważ nie można odkręcić atomizera. Taka mała i prosta rzecz jak gwint w moich oczach mógłby podnieść jakość opakowania. Wielka szkoda. Ponadto nie mam na co narzekać. Grafika jest przyjemna dla oka, zatyczka się trzyma opakowania nawet w transporcie, a dozownik dozuje odpowiednią ilość produktu.


Miałam za to spore obawy co do składu. Nie jest zły, bo jednak brak tu soli aluminium.. ale ten Alcohol denat. na pierwszym miejscu w składzie.. uhhh..
To sprawiło, że mój koszmarek się spełnił. Nie ma opcji abym świeżo po depilacji czy goleniu użyła tego produktu na podrażnioną skórę. Swędzi i piecze okrutnie. Moje szczęście w nieszczęściu polega na tym, że przy systematycznym używaniu nie odczuwam żadnych przykrych dolegliwości związanych z jego użytkowaniem. Jednak na świeżo podrażnioną skórę zawsze wybieram coś innego.

Skład (INCI): Alcohol denat., Aqua, Glycerin, Triethyl Citrate, Parfum, Citric Acid, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.


Na opakowaniu widnieje znaczek 24H i zastanawia mnie co miałby on oznaczać. Z całą pewnością nie chroni przed potem, zapach dezodorantu również aż tak długo się nie utrzymuje. Może chroni przed namnażaniem się bakterii które są przyczyną przykrego zapachu? Naprawdę trudno mi ocenić co producent miał tu na myśli.


Cytrusowy zapach dezodorantu jest naprawdę fajny.. po tym jak z piedestału zejdzie alkohol. To prawdziwie słodkie cytrusy i być może to ratowałoby produkt, gdyby zapach ten nie stanowił konkurencji dla innych produktów nakładanych na skórę czy też perfum. Dezodorant potrafi zagłuszyć dosłownie wszystko, a jego zapach jest bardziej wyrazisty i intensywny od niejednych moich perfum. W okresie chłodu zaaplikowany pod paszki i przykryty ciepłym sweterkiem daje się zakamuflować, ale latem nie mia zmiłuj. Od chwili gdy zaczęło robić się cieplej i wskoczyłam w koszulki i bluzki na ramiączkach dezodorant DC stanowi moje jedyne źródło zapachu. Irytuje mnie to obecnie na tyle, że używam go nie tylko pod pachy jako dezodorant ale traktuję jak wodę toaletową i liczę dni, aż osiągnie dno.


Nie jest to antyperspirant, który blokuje kanaliki potowe. Jego działanie jest zgoła inne o czym warto pamiętać i odróżniać od siebie te dwa produkty. Osobiście nie mam specjalnych problemów z poceniem ale rozumiem, że są osoby którym ten problem spędza sen z powiek lub wymagane jest używanie mocniejszych środków z uwagi na wykonywaną pracę. Jednak niezależnie od tego jakie masz problemy w tej kwestii tego produktu nie polecam. 

Co gorsze w zapasie mam wersję kulkową tego dezodorantu o zapachu owoców grantu. Jeśli historia się powtórzy to chyba zwątpię :-D

Poniżej znajdziesz listę 70 dezodorantów, które nie zawierają w składzie soli aluminium


Dezodoranty czy jednak antyperspiranty?
Po co sięgasz najczęściej i co najlepiej Ci się sprawdza?


sierpnia 14, 2017

LUSH - MASECZKA DON'T LOOK AT ME

LUSH - MASECZKA DON'T LOOK AT ME

Nowy tydzień to kolejna maseczka Lush! Tym razem pora na jedną z bardziej ciekawych.. przynajmniej dla mnie. Jej opis mnie zauroczył, kolor zawrócił w głowie, a skład zaciekawił. Nie pamiętam aby jakakolwiek inna maseczka do twarzy tak bardzo mnie zaciekawiła. Tylko czy efekty jej działania również mnie zachwyciły? Zapraszam! 


Od producenta:
No cześć, nie bądź nieśmiała. Złapałem cię patrzącą na moją bogatą, złuszczająca teksturę, wypełnioną odżywczym masłem murumuru. Widziałem Cię jak sprawdzasz mój ryż ziemny. Zapewniam Cię, że jestem substancją: wypełnioną sokiem z cytryny aby odświeżyć twoją cerę, tunezyjskim kwiatem pomarańczy aby rozjaśnić i organicznym jedwabnym tofu aby zmiękczyć Cię na wszystkie możliwe sposoby. Odrobinka syropu ryżowego i olejku z grejpfruta sprawi, że wrócisz po więcej, mojego zmiękczającego peelingu. Rozprowadź na skórze grubą warstwę intensywnie niebieskiej maski i pozwól jej działać przez 10-15 minut, zanim delikatnie usuniesz ją świeżą wodą.

(tłumaczenie własne we współpracy z Martą Sienkiewicz.. pozdrawiam i dziękuję)


Pewnych informacji nie mogę pominąć i muszę je tu powtórzyć, bo są dość istotne. 
Lushowe opakowania pochodzą z recyklingu plastiku i można je zwrócić do sklepów Lush. Za 3 (dowolne) puste opakowania  możemy wybrać dowolną maseczkę w gratisie. Lush nie testuje na zwierzętach, a produkty w dużej części oparte są na świeżych składnikach. Maseczki mają krótki termin ważności (4 tygodnie) i należy przechowywać je w lodówce. Część maseczek podzieliłam i przełożyłam do małych opakowań, a partię zamroziłam. To pozwoli mi cieszyć się maseczkami dłużej.


Ta maseczka to prawdziwe królestwo ryżu i cytrusów.  Znajdziemy tu m.in. wyciąg z cytryny, wyciąg z ziaren soi, wyciąg z ryżu, skrobia z ryżu siewnego, woda ryżowa, masło murumuru, olejek eteryczny z grejpfruta, olejek eteryczny z kwiatów neroli. Niestety ubolewam poniekąd nad tym, że jej cudowny kolor to jedynie efekt dodania barwnika. Z założenia jest to maseczka złuszczająco - rozjaśniająca.. i z całą pewnością poprawiająca humor.


Maseczka w konsystencji przypomina mus ale nie jest tak bardzo gęsta i treściwa jak w przypadku Cosmetic Warrior. Tu dodatkowo znajdziemy całkiem sporą ilość drobinek, które są dość ostre. Przy nakładaniu nie sprawia najmniejszych problemów i z łatwością można nałożyć cieńsza warstwę lub grubszą wedle zaleceń producenta. Hmm..  swoją drogą każdy producent zaleca nakładać obfitą warstwę, bo im szybciej zużyjemy tym szybciej kupimy nowy produkt. W tym przypadku na mojej twarzy raz lądowała bardziej obfita warstwa.. raz mniej i specjalnej różnicy w działaniu nie widziałam. Po aplikacji na skórę maseczkę czuć i raczej do końca nie da nam o sobie zapomnieć.


Podczas nakładania czuć chłód co jest związane z trzymaniem jej w lodówce ale podczas wysychania maska zaczyna sztywnieć i dodatkowo ściąga skórę. Nie określiłabym jej jako komfortowej ale mi szczególnie to nie przeszkadza. 

Zapach maseczki jest dość przyjemny. Wyczuwam to cytrusowe nuty ale też nieco ziemisty aromat. Całość jest bardzo delikatna i subtelna już w opakowaniu, a na skórze podczas noszenia zupełnie niewyczuwalna. 

Maskę najczęściej trzymałam po 10 -15 minut i chyba tylko raz przetrzymałam ją do 20 minut. Po kilku pierwszych minutach maska całkowicie zastyga i nie specjalnie polecałabym w tym czasie spożywanie posiłków, bo jednak potrafi się delikatnie osypywać. Z całą pewnością im mniej używamy naszej mimiki tym lepiej. Ściągnięcie skóry jest dość odczuwalne, a ja specjalnie za tym nie przepadam. Przy zmywaniu warto najpierw maseczkę zmoczyć i dać jej kilka sekund na wchłonięcie wody. Tak zmoczoną maseczkę bardzo łatwo jest usunąć dłońmi ale z uwagi na zawartość drobinek warto wykonać przy tym peeling. I za to właśnie maska ma u mnie plus.. za swoją wszechstronność. Połączenie maski z peelingiem to w końcu świetny patent i wszystko byłoby fajnie gdyby drobinki nie były aż tak ostre.

Skład (INCI): Glycerin, Kaolin, Aqua, Citrus Limon Juice, Glycine Soja Extract, Oryza Sativa Extract, Oryza Sativa Starch, Oryza Sativa Bran Water, Astrocaryum Murumuru Seed Butter, Hectorite, Citrus Paradisi Peel Oil, Citrus Aurantium Amara Flower Oil, Limonene, Geraniol, Linalool, Farnesol, Parfum, CI 42090.


Ta maseczka jest idealna na poprawę nastroju. Jej wyjątkowy lazurowy kolor od razu dodaje mi energii i wprawia w dobry nastrój. To zdecydowanie jej największe zalety. Poza tym maska faktycznie odświeża, rozjaśnia i peelinguje ale to wszystko dzieje się na zasadzie.. trochę odświeża, trochę rozjaśnia i trochę złuszcza. Yyyy.. trochę więcej się spodziewałam. W związku z czym maskę zaczęłam używać 3 razy w tygodniu licząc, że efekty będą jeszcze lepsze. Niestety drobinki peelingu są zdecydowanie za ostre, a po kilku z rzędu  użyciach moja skóra zaczynała wołać o nawilżenie tuż po zmyciu maski.


Lubię tę maskę za jej wyjątkowy kolor i poprawę nastroju ale zdecydowanie do moich faworytów nie należy. W kwestii złuszczenia i odżywienia sprawdza się na mojej skórze dość kiepsko, a stosowanie jej 3 razy w tygodniu doprowadziło moją mieszaną cerę do lekkiego przesuszenia. Do tej pory na jej temat czytałam same bardzo dobre recenzje, a moja kapryśna cera pokazała, że nie wszystko będzie tolerować z równie wielkim entuzjazmem. Naprawdę nad tym ubolewam.

Bardzo jestem ciekawa jaką ocenę wystawi tej lazurowej mazi Monika z bloga Mama z różową torebką. Sprawdź koniecznie, bo w kwestii maseczek Lush zupełnie się nie konsulujemy:



Poniżej znajdziesz linki do posta z maseczką:
LUSH - COSMETIC WARRIOR w mojej opinii

LUSH - COSMETIC WARRIOR w opinii Moniki z bloga Mama z różową torebką

a za tydzień zapraszamy na kolejną świeżą maseczkę Lush. Tym razem będzie to jedna z popularniejszych maseczek Mask Of Magnaminty.


sierpnia 12, 2017

BALEA - KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC VANILLE & COCOS

BALEA - KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC VANILLE & COCOS

Wzięłam się ostro za porządkowanie moich zapasów, a priorytetowe postanowienie jest następujące: zużywać według daty terminu ważności lub według terminu zakupu. Skoro kupiłam, dostała, chciałam.. to weź się babo ogarnij i zużywaj wedle kolejności. Tak! Nie ma to jak dobry plan! Tylko, że ten plan nakazuje mi używać słodkiego zapachu w lecie, kiedy ja preferuję te bardziej soczyste i świeże. Z drugiej strony stojąc przed iście arcytrudnym wyborem smaku lodów, to jakoś tych świeżych nawet nie biorę pod uwagę. No przecież! Czekolada zawsze wygra! Tak oto rozsądek wygrał i w czerwcu pod moim prysznicem zawitał waniliowo-kokosowy żel pod prysznic Balea.


Od producenta:
Delikatny żel pod prysznic o egzotycznym zapachu kokosa w połączeniu z wanilią odpręży i nawilży skórę. Wyciąg z mleka kokosowego zapewni miękkość i delikatność, a zawarta innowacyjna formuła poli-fructol zapewni długotrwała ochronę przed wysychaniem.


Typowe dla żeli Balea opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, a grafika nawiązuje bezpośrednio do zapachu. Pojemność 300 ml, do tego niska cena około 4 zł, ciekawe zapachy i całkiem niezła wydajność sprawia, że żele Balea robią prawdziwą furorę i trudno się temu zjawisku dziwić. 

Vanille & Cocos to dla mnie opcja na okres zimowy ale przy obecnych temperaturach sprawdza się całkiem przyjemnie. Po taką kombinację zapachów sięgam jednak wyłącznie wieczorem, bo po porannym prysznicu najchętniej z powrotem wróciłabym do łóżka. Wanilia niemal w równych proporcjach wymieszana jest z kokosem, a te dwa aromaty całkiem przyjemnie ze sobą współgrają. W efekcie zapach jest całkiem przyjemny ale nie do końca trafia w mój gust.


Jest jednak coś co wyróżnia ten żel na tle innych żeli Balea, a jest to konsystencja. Warto zwrócić na to uwagę podczas zakupów szczególnie gdy z żelami na bazie SLS masz ten sam problem co ja, czyli przesuszenie skóry. Ta kremowa formuła jest jednak inna i czuć to już podczas aplikacji. Żel jest znacznie delikatniejszy i łagodniejszy dla skóry niż inne tego typu produkty. Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło. Żel pozostawia skórę miękką i jakby nawilżoną ale i tak staram się dodatkowo ją nawilżyć chociażby jakimś lekkim balsamem.


Skład (INCI): Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Coco-Glucoside, Sodium Lauroyl Glutamate, Glyceryl Oleate, Glycerin, Inulin, Lecithin, Cocos Nucifera Fruit Extract, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Lac Powder, Polyquaternium-7, Citric Acid, Styrene/Acrylates Copolymer, Propylene Glycol, Sodium Sulfate, Hydrogenated Palm Glycerides, Sodium Sulfate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Tocopherol, Parfum, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, CI 13015, CI 15985, CI 28440.


Chociaż wersja z wanilią i kokosem nie do końca mnie uwiodła to jednak będę ją wspominać o wiele przyjemniej niż żel z marakują i frezją czy piankę Fresh & Fruity. Wszystko dzięki kremowej konsystencji produktu, która minimalizuje wysuszające działanie silnych detergentów, a skórę pozostawia przyjemną w dotyku. Zdecydowanie wśród żeli Balea polecić mogę serię kremowych żeli, o ile ich skład Ci nie przeszkadza. Osobiście powrotu nie planuję ale nie mogę napisać, że produkt był zły czy kiepski.

O innych produktach Balea przeczytasz tutaj:



Znasz żele Balea?
Masz swojego faworyta?

sierpnia 11, 2017

JOICO - SZAMPON Z LINII BLOND LIFE. CZY RZECZYWIŚCIE JEST GODNY UWAGI?

JOICO - SZAMPON Z LINII BLOND LIFE. CZY RZECZYWIŚCIE JEST GODNY UWAGI?

Czy blondynki w życiu mają łatwiej? Hmm.. jeśli chodzi o włosy to z pewnością nie, a już szczególnie te z nas, które włosy poddają zabiegom chemicznym aby ładny odcień blondu zachować na dłużej. Jeśli jesteś blondynką to z całą pewnością wiesz o czym mówię.. hmm.. piszę. Wybaczcie brunetki, szatynki, rude, zielone, niebieskie i różowe.. ale dzisiejszy post kieruję do blondasków.


Jeszcze w marcu od sklepu Miasto Włosów otrzymałam do testów zestaw Joico Blond Life. Nie brałam nawet pod uwagę tego aby z takiej okazji nie skorzystać z kilku powodów:
  •  wybierałam się przed świętami na rozjaśnianie włosów
  •  moje włosy zaczęły wpadać w żółty odcień
  •  fioletowe płukanki/szampony niszczyły mi włosy nawet, gdy mieszałam je z odżywkami
Każda wizyta na rozjaśnianiu włosów to dla moich włosów katorga.. ale co począć, gdy w ciemniejszych czuję się smutna.


Od producenta:
Szampon JOICO Blond Life Brightening jest dedykowany zwłaszcza do rozjaśnianych włosów, które przeszły zabiegi chemiczne. Delikatna formuła bez sulfatów skutecznie oczyszcza włosy, usuwając z nich zanieczyszczenia, a wraz z nimi niepożądane żółte odcienie. W zamian gwarantuje piękny, czysty kolor oraz miękkie włosy i uczucie czystości.

Produkty z linii Blod Life wyróżniają się dzięki zawartości argininy, która gwarantuje większą elastyczność włosów, olejków Monoi i Tamanu, które odżywiają skórę i nawilżają włosy oraz technologii Bio-Advanced Peptide Complex, która niweluje zniszczenia, uzupełnia ubytki, wzmacnia włosy i naprawia powstałe uszkodzenia.


Odnoszę wrażenie, że wszystkie produkty marki Joico są dopracowane wizualnie ale seria Blonde Life przeszła samą sobie. Połączenia złota ze srebrem jest to prostu bardzo ładne, a opakowania aż żal chować do szafek. Duży plus ma u mnie opakowanie szamponu za swoją funkcjonalność. To, że mogę je postawić na stronie dozującej jest dla mnie osobiście zawsze dużym ułatwieniem. Cała zawartość spływa w stronę dozownika i mam pewność, że zużywam produkt do końca.


Swoją opinię zacznę dość nietypowo, bo od składu i kilku wniosków związanych z tym tematem. 

Skład (INCI): Aqua, Sodium C14-16 Olefin Sulfonate, Isopropylamine Dodecylbenzenesulfonate, Olefin Sulfonate, Isopropylamine Dodecylbenzenesulfonate, Cocamide Mipa, Decyl Glucoside, Glycol Stearate, Glyceryl Caprylate / Caprate, Calophyllum Inophyllum Seed Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Hydrolyzed Keratin, Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin, Pentapeptide-30 Cysteinamide, Pentapeptide-29 Cysteinamide, Tetrapeptide-29 Argininamide, Tetrapeptide-28 Argininamide, Gardenia Tahitensis Flower Extract, Sorbitol, Divinyldimethicone / Dimethicone Copolymer,  Bis-Cetearyl Amodimethicone, Polyquaternium-10, PEG-150 Distearate, Silicone Quaternium-16, Amodimethocone, PEG-90M, C12-13 Pareth-23, Citric Acid, Undeceth-11, Ceteareth-25, Ceteareth-7, C11-15 Pareth-7, Trideceth-12, Glycerin, Laureth-9, Undeceth-5, Tetrasodium Edta, Bityloctanol, PEG-4 Laurate, Iodopropynyl Butylcarbamate, DMDM Hydantoim, Sodium Hydroxidem, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Geraniol, Fragrance/Parfum.

Być może zawartość silnego detergentu (Sodium C14-16 Olefin Sulfonate) będzie część osób odstraszać. Watro jednak wiedzieć, że choć ten detergent stawiany jest często w jednym rzędzie z SLS to nie do końca jest to prawdą. Sodium C14-16 Olefin Sulfonate często stosowany jest w medycynie jako środek do prania, dezynfekcji oraz sterylizacji. Tak! jest silny ale w produktach, które mają styczność ze skórą występują substancje, które łagodzą jego drażniące działanie. Sam fakt, że jest to substancja stosowana w medycynie m.in. do detoksykacji wirusa HIV świadczy, że z całą pewnością nie posiada zdolności przenikania przez naskórek jak SLS.. inaczej mielibyśmy ograniczoną liczbę lekarzy na świecie 😂 


Jeśli jesteś zwolenniczką stosowania SLS, to oczywiście jest to Twój wybór, którego nie mam zamiaru ani pochwalać ani negować. Osobiście sama stosowałam do tej pory szampony na bazie silniejszych detergentów ale ostatecznie okazało się, że na chwalony "naturalny i łagodny" detergent Cocamidopropyl Betaine mam uczulenie. Chociaż szampony z tym składnikiem stosowałam tylko co jakiś czas w celu mocniejszego oczyszczenia to zawsze kończyło się to swędzącą skórą głowy Na chwilę obecną pozbyłam się wszystkich szamponów z CAPB i nie mam zamiaru do nich wracać. Nie wiem czy zwróciłaś uwagę ale szampon Joico nie posiada w swoim składzie ani SLS ani wspomnianego przeze mnie Cocamidopropyl Betaine.


Moją uwagę chciałam jednak skupić na czymś innym, a mianowicie na kwestii odbudowy włosów. W 90% produktów, które znajdziemy w drogeriach prym wiedzie Keratyna. Jeśli mamy więcej szczęścia to w naszych produktach znajdzie się także hydrolizowane proteiny mleka, pszenicy, jedwabiu, a także białko soi czy kolagen. To wszystko to proteiny. Sęk w tym, że nasze włosy zbudowane są nie tylko z protein ale także z aminokwasów. Jeśli staramy się uzupełnić ubytki samymi proteinami to tak jakbyśmy piły tylko wodę, a zapominały o jedzeniu. Zdaję sobie sprawę, że porównanie to jest znacznie na wyrost ale chodzi jedynie o uświadomienie braków, które często nieświadomie fundujemy swoim włosom.

Istotną kwestią jest to, że aminokwasy mają większą zdolność przenikania, a w połączeniu z proteinami tworzą naprawdę dobrą kombinację wypełniającą mikro uszkodzenia w naszych włosach. Przyznam szczerze, że do tej pory nie spotkałam się z tym aby drogeryjne produkty w swoich składach oferowały nam tak kompleksową pielęgnację. Nie bez powodu. Peptydy czyli aminokwasy syntetyczne jak łatwo się domyśleć nie są pochodzenia naturalnego, co wpływa na cenę produktów w których się znajdują. Większość takich produktów jest określona mianem profesjonalnych i stosowane są głównie w salonach fryzjerskich. Obecnie do takich produktów również mamy łatwy dostęp ale są one odpowiednio droższe i nie bez powodu.

W opisywanym szamponie mamy do czynienia z proteinami ale uzupełnione są one porcją 4 różnych peptydów. Zwróć uwagę, że to nie jest odżywka ale szampon, który ma także właściwości pielęgnujące. Nie bez powodu szampon ten znalazł się w ULUBIEŃCACH MAJA. Naprawdę mnie zaskoczył. Na ogół od szamponów oczekuję po prostu oczyszczenia, ale bez podrażnień, a także jest mi niezwykle miło gdy szampon nie plącze włosów i ich nie przesusza.


Joico rewelacyjnie oczyszcza włosy i skórę głowy, co raczej nie powinno być zaskoczeniem. Jego struktura jest bardzo kremowa, jedwabista ale gęsta. Piana tworzy się bez najmniejszego problemu. Przy stosowaniu szamponów naturalnych mam z Joico ten problem, że zawsze stosuje go w zbyt dużej ilości.. ot takie przyzwyczajenie. Włosy już podczas mycia nabierają gładkości. To dokładnie takie uczucie jak po nałożeniu dobrej odżywki. Ponadto po szamponie Joico ani razu nie miałam najmniejszych problemów ze skórą głowy.

Warto słuchać swoich włosów i skóry głowy, a mój duet, który nieraz płata mi figla ewidentnie szampon Blond Life uwielbia. Dla moich włosów to połączenie szamponu z lekką odżywką proteinową. Po jego użyciu nieraz odpuściłam sobie stosowanie jakichkolwiek odżywek, masek, olejków itd. Włosy nigdy nie były po nim sianowate, suche, przeciążone, a skóra głowy ani razu mi nie dokuczała.


Na chwilę obecną jest to mój najlepszy szampon oczyszczający, który stosuję raz na 1,5 do 2 tygodni. Taką częstotliwość oczyszczania moja skóra głowy bardzo dobrze toleruje, a włosom na długości ilość protein i aminokwasów jest względnie wystarczająca. Względnie.. ponieważ przy rozjaśnianych włosach potrzeby są jednak znacznie większe ale o tym przy innej okazji.

Opakowanie 300 ml w sklepie Miasto Włosów, kosztuje 75,00 zł, ale wydajność tego szamponu jest absolutnie gigantyczna. Od kwietnia gdy szampon zaczęłam używać do chwili obecnej wciąż nie przekroczyłam połowy opakowania. Więc sądzę, że szampon skończę być może za jakieś 6 miesięcy ?! Oczywiście zużycie jest kwestią tego jak często sama taki szampon będziesz używać i jak duże potrzeby proteinowe i aminokwasowe mają Twoje włosy. Jeśli masz wątpliwości co do tego czy szampon sprawdzi się na Twoich włosach i jak zareaguje skóra głowy to serdecznie polecam wersję podróżną o pojemności 50 ml za 18,00 zł, dostępną tutaj.


W użyciu mam obecnie odżywkę oraz maskę do włosów z linii Blond Life od Joico ale opinią na temat tego duety podzielę się w innym wpisie. Chociaż produkt do testów otrzymała to moja opinia jest szczera i zgodna z moim sumieniem oraz wymaganiami moich włosów, które w tym temacie często są nieubłagane i nigdy nie idą na kompromis. Jak widać na zdjęciu kompromisu nie było, a włosy są w świetnym stanie i jestem pewna, że bez Joico już dawno poszłyby pod nożyczki. 

To jak blondasku? Skusisz się?
A teraz mega ważne pytanie.. stosujesz w pielęgnacji włosów aminokwasy? 
Czy tylko sięgasz po proteiny, humektanty i emolienty?

Copyright © 2014 Kosmetyczny Fronesis , Blogger