kwietnia 19, 2018

PŁATKI POD OCZY Z PŁATKAMI KWIATÓW OSMANTHUSA, CZYLI MEDYCYNA CHIŃSKA W WALCE O MŁODE SPOJRZENIE

PŁATKI POD OCZY Z PŁATKAMI KWIATÓW OSMANTHUSA, CZYLI MEDYCYNA CHIŃSKA W WALCE O MŁODE SPOJRZENIE

Strefa pod oczami z każdym mijającym rokiem wymaga bardziej intensywnej pielęgnacji. Tu coraz bardziej liczy się skuteczność, a nie zwykłe delikatne mizianie. Jednak moja okolica pod oczami najbardziej w kość dostała w okresie studiów. Nie przespane noce, wczesne wstawanie, imprezy studenckie.. a rano wory, że mogłam zeszyty chować. Już wtedy zaczęłam sięgać po płatki pod oczy i najbardziej zadowolona byłam z hydrożelowych od Efectimy. Rano prysznic, płatki, zjeść, ubrać się, makijaż, a oczy już doszły do stanu "mogę się ludziom pokazać i nikogo nie będę straszyć". 


Sęk w tym, że taka para płatków pod oczy zaczynała mi finansowo ciążyć. Niby zawsze kupowałam hurtową ilość na najlepszych promocjach ale mimo wszystko.. w takiej ilości przestało się to opłacać. Doszłam do wniosku, że lepszym rozwiązaniem dla mnie byłoby opakowanie kilkunastu płatków! Po co mam przepłacać za każde opakowanie.. za granicą bez problemu można dostać opakowania takich płatków, a ja męczę się jak pies z kulawą nogą, który nogę ma zdrową ale i tak kuleje. Dlatego podjęłam ryzyko i kupiłam w ciemno płatki Images. Nie wiele z rozumiałam z opisu ale tragedii nie ma.

Produkt stworzony jest w oparciu o płatki kwiatów Osmanthusa. Kwiaty te są cenione w medycynie chińskiej z uwagi na silne właściwości antyoksydacyjne, odmładzające, a także wykazuje działania antyrakowe. Ponadto w składzie doszukałam się ekstraktu z nasion owsa, który wykazuje działanie wzmacniające skórę, zmiękczające, nawilżające, sprzyjające regeneracji i łagodzące podrażnienia. Prawdopodobnie znajduje się tu również woda oraz gliceryna. Sądząc po niespecjalnie długim składzie.. jakiś strasznych rzeczy tu nie wpakowali.. chyba, że każdy znaczek to jeden składnik 😂


Plastikowe opakowanie z nakrętką było dodatkowo zabezpieczone warstwą aluminium. W zestawie znajduje się 80 płatków oraz szczypce do higienicznego wyjmowania. Płatki wykonane są z materiału i są bardzo dobrze nasączone. Od samego początku do niemal samego końca wciąż są bardzo dobrze nasączone esencją. Mimo otwierania i zamykania nie wysychają. Płatki przeznaczone są do nakładania na całą okolicę oczu. Czyli nie tylko pod okiem ale równie na powiekę.. i to już średnio mi odpowiada. Jeśli ktoś się uprze to to działa! Jak najbardziej! Jednak przy wszelkiego typu maseczkach zawsze lubię robić coś jeszcze. Bardzo rzadko zdarza mi się nałożyć maskę i leżeć plackiem. W przypadku płatków można zaaplikować je kompleksowo na powieki, wówczas zostaje niewielka przestrzeń aby móc oczy otworzyć ale wyłącznie w formie mrużenia.. czy dla się funkcjonować ale bez przesady. Osobiście podjęłam decyzję, że tak bawić się nie będę. Płatki przecinam na pół i kładę wyłącznie pod oczy. Dzięki temu z 80 sztuk zrobiło mi się 160! A to niemal pół roku codziennego użytkowania! Masakrycznie długo! Zważywszy, że płatków dzień w dzień nie nakładam.. raz.. może dwa razy w tygodniu. Czyli jedno opakowanie wystarczy mi na jakieś dwa lata. To nawet jak na mnie stanowczo za długo, dlatego gdy moje oczy wymagały mocniejszego działania płatki składałam na pół, a gdy chciałam działać wyłącznie doraźnie przecinałam. 


Obecnie mija prawdopodobnie nieco ponad pół roku z płatkami i jak? Nijak. Są ok ale bez rewelacji. Faktycznie wspomagają nawilżenie tej okolicy ale nawet przy codziennym użytkowaniu nie mogłabym zrezygnować z kremu. Nigdy nic złego z ich strony mnie nie spotkało dlatego zaczęłam ich używać bardziej dla zasady aby zużyć. Nie jest to produkt po który sięgałam z entuzjazmem ale od samego początku mam raczej przeciętne doświadczenia z płatkami pod oczy, które są wykonane na materiale. Zdecydowanie bardziej leżą mi wersje hydrożelowe, więc istnieje prawdopodobieństwo, że te płatki od początku były skazane na brak miłości z mojej strony.


Nic specjalnego z tej znajomości nie wyciągnęłam. Było jedynie "wporzo" i tyle. Jeśli już miałabym możliwość wyboru to wolałabym płatki hydrożelowe z Efectimy. Chociaż jedne i drugie mają chemiczny skład to przynajmniej Efectima na mnie działała ekspresowo. 


kwietnia 17, 2018

MASECZKA PRZYŚPIESZAJĄCA ODNOWĘ KOMÓRKOWĄ OD BANDI

MASECZKA PRZYŚPIESZAJĄCA ODNOWĘ KOMÓRKOWĄ OD BANDI

O ile w przypadku nawilżenia, regeneracji czy odżywienia skóry skłaniam się ku naturalnym składom maseczek, to w przypadku złuszczenia czy oczyszczenia były to do pewnego czasu maseczki bardziej chemiczne. Obecnie wiem, że maseczka naturalna o właściwościach złuszczających to nie tylko korund ale również naturalne enzymy z papai czy ananasa. Jednak jakiś czas temu wszystkie enzymatyczne maski czy peelingi uznawałam za słabe i nie warte wysiłku stąd też w moich progach kosmetycznych pojawiła się maska eksfoliująca z keratoliną od Bandi.


Od producenta:
Maska o kremowej konsystencji, idealna do każdego typu cery, także delikatnej i naczyniowej oraz łojotokowej. Skutecznie odblokowuje zamknięte pory oraz normalizuje proces wydzielania łoju, co powoduje zmniejszenie liczby zaskórników. Wpływa regulująco na metabolizm naskórka, przez co ujędrnia go i wygładza. Po zastosowaniu maski skóra staje się jedwabiście gładka, rozjaśniona i miła w dotyku. Niezwykle silnie i skutecznie złuszcza zrogowaciały naskórek, a także zmniejsza spoistość komórek warstwy rogowej naskórka, czego efektem jest przyśpieszenie odnowy komórkowej, a także zintensyfikowanie wchłaniania substancji aktywnych, które naniesiemy na skórę po zmyciu maski.


Mam niemały dylemat z tą maską. Z całą pewnością mogę już teraz oświadczyć, że do niej nie wrócę ale pomimo niezbyt zachwycającego składu na początku przygody byłam przekonana, że będę chciała kupić ją ponownie, ponownie i ponownie. Oto cała moja filozofia jeśli chodzi o pisanie postów.. zawsze pod koniec opakowania! Na początku możemy się zachłysnąć efektami lub je wyolbrzymiać.. w końcu nowiutki produkt, jeszcze nie śmigany, 5 sekund temu wyjęty z kartonika.. i ten zapach świeżości.. kto tego nie lubi? Teraz nie wiem, czy na początku maska wywołała u mnie takie sympatyczne zauroczenie czy faktycznie działała znacznie lepiej, a z czasem tych cudnych efektów mi zabrakło.

Co do większości opisu producenta z łatwością mogę się odnieść. Lekka kremowa konsystencja. Zapach kremowo-chemiczny, na szczęście nie intensywny. Co do stosowania na skórę wrażliwą nie jestem przekonana.. lepiej zachować ostrożność. Z pewnością nie odblokowuje porów, a przynajmniej nie w takim stopniu jakbym sobie tego życzyła. Nie zauważyłam również aby jej systematyczne użytkowanie miało jakiś wpływ na poprawę stanu skóry pod względem niedoskonałości. Z początku zachwycił mnie efekt wygładzenia skóry. Wszelkie suche skórki znikały, a skóra była jedwabiście wygładzona i przyjemna w dotyku.. ale już w połowie opakowania tego efektu zaczęło mi brakować i coraz mniej chętnie zaczęłam po nią sięgać. Początkowo zalecane 15 minut przez producenta było jak najbardziej wystarczające ale później nawet pół godziny nic szczególnego nie dawało... a nie.. dawało.. z czasem maska zaczyna migrować.


Delikatnie szczypie po chwili od nałożenia w bardziej wrażliwych obszarach, a już szczególnie w miejscach podrażnionych. Dlatego nie mam pewności czy z wrażliwą cerą obejdzie się łagodnie ale byłabym w tym przypadku bardziej czujna. Skóra się pod nią nie poci, mam wrażenie, że oddycha ale przez cały czas towarzyszy uczucie mokrej twarzy. Nie zastyga, nie spływa, z czasem delikatnie się wchłania, a przy większej ilości jakby się rozpuszcza.. i migruje.. dokładnie tak jakby jej się zaczynała nudzić i nabrała chęci na zwiedzanie. Nie liczy się z tym, że jasno określiłam jej granice. Ma to gdzieś. Włazi takie koromysło do oczu, ust.. bo przecież gardło to zabytek, który trzeba koniecznie odwiedzić.. a nawet do nosa. I to mnie wnerwia.

Opakowanie proste i bardzo funkcjonalne. Świetna pompka. Łatwa i przyjemna aplikacja. Sama maska dość wydajna. Jej ściągnięcie wymaga trochę czasu, bo jednak trochę trzeba się namachać ale w jej przypadku najłatwiej sięgnąć po gąbkę celulozową lub ściereczkę muślinową i problem z głowy. Maska nigdy mnie nie podrażniła, nie uczuliła, nie zapchała i o ile z początku efekty mnie zachwycały to z czasem zupełnie ich zabrakło. Obecnie skóra jest za mało odświeżona, wciąż doszukać się mogę suchych skórek z którymi wcześniej radziła sobie świetnie, nawet gładkość skóry nie jest taka jak na początku. Do tego dochodzi skład, który nie napawa mnie dumą, chociaż kilka naturalnych składników można wyłapać.

Skład (INCI): Aqua/Water, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Ethylhexyl Stearate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Dimethicone, Arachidyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Allantoin, Magnolia Biondii Flower Extract, Magnolia Biondii Bar Extract, Bacillus Frement, Behenyl Alcohol, Polyacrylamide, Propylene Glycol, C13-14 Isoparaffin, Arachidyl Glucoside, Butylene Glycol, Laureth-7, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Parfum/Fragrance, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Cinnamyl Alcohol, Euhenol, Hydroxyxitronellal, Geraniol, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal, Limonene.


Bardzo rzadko zdarza mi się w trakcie użytkowania zmieniać zdanie o produkcie. Jeśli już jest to wynikiem zmiany metody aplikacji albo łączenia z innymi produktami ale w tym przypadku od początku maska jest aplikowana tak samo, termin ważności wciąż aktualny (wrzesień 2018), a jednak coś tu przestało działać. 

Zdarzyła Ci się tak drastyczna zmiana poglądu wobec produktu?


kwietnia 15, 2018

TRZY MASKI W PŁACIE: HOLIKA HOLIKA, SKIN79 ORAZ SPALIFE.. CZY WARTO W NIE INWESTOWAĆ?

TRZY MASKI W PŁACIE: HOLIKA HOLIKA, SKIN79 ORAZ SPALIFE.. CZY WARTO W NIE INWESTOWAĆ?

Maski w płacie.. czy wciąż jest na nie taki szał? Pytam serio, bo nie wiem. Żeby nie było.. lubię tego typu maseczki, bo są niezwykle wygodne w użyciu. Niektóre w dodatku całkiem fajne ale jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne to są niezwykle drogie.. dlatego z reguły je omijam i nie kupuję. Zdecydowanie wolę wydać 80 zł na maskę którą użyję 20 razy (4zł na jedno użycie) niż kupić maskę w płacie za 10 zł i użyć tylko raz.. co w cale nie znaczy, że gardziłabym ich użytkowaniem na co dzień. Zapewne raz na jakiś czas czy podczas wyjazdu chętnie się w takie zaopatrzę.. a póki co testuję to co mi wpadło w łapki.


SPALIFE - TEA TIME HIBISCUS
Maseczkę otrzymałam od Magdy z bloga Mazgoo na spotkaniu blogerek w Lublinie. Szukałam informacji na jej temat ale zupełnie nic nie znalazłam. Szukałam sklepu, gdzie można te maski dostać ale poza stroną producenta też nic nie znalazłam. Orientuje się tyle, że maski można kupić w formie 6 paku.. i tyle.

Od producenta:
Piękny kwiat hibiskusa znany jest z magicznych właściwości. Hibiskus jest naturalnym źródłem alfa-hydroksykwasów o wysokiej zawartości śluzów. Pomaga zachować świeższy, młodszy i gładszy wygląd skóry przy jednoczesnym zwiększeniu wilgotności i jędrności. Maseczka kosmetyczna SpaLife zawiera naturalny ekstrakt z kwiatu hibiskusa, który pomaga ukoić, ubarwić i nawodnić powierzchnię skóry, sprawiając, że skóra staje się szczęśliwsza.

Skład (INCI): Glycerin, Methylpropanediol, Lactobacillus/Hibiscus Sabdariffa a Flower Ferment Filtrate, Camellia Sinensis Leaf Extract, Chrysanthellum Indicum Extract, Melissa Officinalis Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Aspalathus Linearis Leaf Extract, Thymus Vulgaris (Thyme) Flower/Leaf Extract, Jasminum Officinale (Jasmine) Flower Water, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Extract, Sodium Hydraluronate, Centella Asiatica extract, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/Vp Copolymer, Trehalose, Chlorphenesin, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Phenooxyethanol, Caprylyl Glycil, DisodiumEDTA, 1,2-Hexanediol, Propanediol, Allantoin, Bis-Peg-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Illicium Verum (Anise) Fruit extract, Fragrance (Parfum).


Grubość płachty trochę mnie zaskoczyła.. naprawdę gruba. Do tego esencja również bardzo gęsta i po wyjęciu płachty w zasadzie nic w opakowaniu nie zostało. Obawiałam się problemów z nakładaniem ale o dziwo maska ładnie przylega do skóry. Do tego świetnie skrojony kształt jak na moje wymagania.. po prostu otwory na usta, nos i oczy są tam gdzie powinny być. Nic nie musiałam na siłę przesuwać ani tym bardziej wycinać. Zabrakło mi jedynie trochę materiału na czoło ale akurat ten rejon mam zaszczytnie wysoki i jeszcze nie spotkałam maski, która zachodziłaby mi na linię włosów.


Maseczka okazała się komfortowa w noszeniu. Chłodziła skórę ale skorzystałam z niej w chłodniejszy dzień. W lecie zapewne okazała by się bardziej przyjemna. Międzyczasie odbyłam rozmowę telefoniczną i jedynie co odchodziło to pasek między nosem a ustami.. czyli nic nadzwyczajnego. Odchodzi nawet jak nic nie mówię, bo nosowy przeciąg zazwyczaj go wysusza najszybciej, a może powinnam przy maseczkach oddychać ustami? To by rozwiązało problem. Tylko jak? Skoro nie potrafię.. to dla mojego organizmu nie zgodne z funkcjonowaniem organów.. nos do oddychania i smarkania, usta.. do wielu innych rzeczy ale nie do oddychania.


W trakcie noszenia miałam delikatne wrażenie mrowienia skóry chociaż ciężko mi w tym przypadku odróżnić efekt chłodzenia od delikatnego mrowienia. Po zdjęciu maski skóra nie była zaczerwieniona ani podrażniona. Dopiero po wmasowaniu i wchłonięciu resztek esencji skóra w okolicy kości jarzmowych oraz brody (tam gdzie jest najbardziej podatna.. wrażliwa) zaczęła lekko piec. Chociaż essencja została przez skórę wchłonięta to wciąż miałam uczucie, że coś na skórze siedzi. Skóra nie była aksamitnie gładka ale trochę lepka. W efekcie miałam uczucie powłoczki przez którą skóra nie oddycha. Na jakiś czas jednak pozostawiłam aby sprawdzić czy jednak to uczucie zniknie.. ale nie.

Dopiero po godzinie od zdjęcia maseczki poczułam, że ta lepka warstewka wchłonęła się. Skóra była przyjemnie wygładzona, nawilżona, odżywiona i napięta ale nie ściągnięta. Ten efekty mi się spodobały.

Ostatecznie muszę przyznać, że po mimo pewnego dyskomfortu to efekt mnie w pełni zadowala. Podkład bardzo fajnie się aplikował, cera wyglądała w ciągu dnia całkiem fajnie i nie wołała o nawilżenie. Ewentualne przetłuszczanie w strefie T to raczej standard. Pod względem działania i efektu nie mogę na nią sapać.. w końcu liczy się efekt końcowy, a ten był zacny.


Wstępnie jestem na tak. Solidna grupa płachta, dobrze nasączona ale najważniejszy był efekt i ten mnie pozytywnie zaskoczył. Skóra była gładka, dobrze nawilżona i odżywiona przez cały dzień. Makijaż trzymał się rewelacyjnie. Choć zapowiadało się kiepsko cieszę się, że nie zmyłam esencji tylko pozwoliłam jej działać. 

SKIN 79 - ANIMAL MASK SŁODKA MYSZ OCZYSZCZAJĄCA PORY
Zwierzakowa maska trafiła do mnie w wyniku rozdania organizowanego na Instagramie przez markę Skin79.Oprócz zwierzakowej maski otrzymałam jeszcze trzy inne maski z serii Venetian Carnival ale o nich kiedy indziej.

Od producenta:
Słodka mysz to kojąca maska zawierająca w składzie wysoką zawartość madekasozydu. Zmniejsza widoczność porów oraz poprawia sprężystość skóry.

Skład (INCI): Water, Dipropylene Glycol, PEG/PPG-17/6 Copolymer, Camelia Sinensis Leaf Water, Panthenol, Betaine, Sodium Hyalurinate, 1,2-Hexanediol, Butylene Glycol, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, PEG-60 Hydrogenated Castrol Oil, Bis-PEG-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Hananelis Virginiana (Witch Hazel) Extract, Panax Ginseng Root Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Morus Alba Bark Extract, Coix Lacyma-Jobi Ma-yuen Seed Extract, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Portulaca Oleracea Extract, CentellaAsiatica Extract, Potassium Hydroxide, Sodium PCA, Hydrolyzed Collagen, Allantoin, Caprylyl Glycol, Ethylhexylglygerin, Fragrance, Disodium EDTA, Xanthan Gum, Salicylic Acid.


Koncepcja zwierzakowych maseczek jest zdecydowanie ciekawa ale moim zdaniem efekty tego są wręcz przerażające. Na początku gdy zaczęły pojawiać się maski w płacie sam fakt nałożenia białej płachty mógł przerazić domowników.. obecnie raczej jest to norma ale te zwierzakowe maski są przerażające. Przeglądając internety ani razu do głowy nie przyszło mi, że ktoś wygląda w nich jak słodki koteczek, mysia, misio, panda itd. Dla mnie te widoki podchodzą pod kreatury z koszmarów i horrorów 😂 Ale do rzeczy..

Maseczka oczyszczająca.. a skoro tak, to otworzy na oczy powinny być trochę większe. W końcu składniki oczyszczające mogą skórze wokół oczu zaszkodzić. Do reszty nie mam zastrzeżeń. Ładnie przylega do twarzy.


Zapach chemiczny i perfumeryjny.. trochę mi ta sztuczność przeszkadza ale nie jest intensywna.
W dotyku czuć jakby śluz.. gęsty i lepki. Materiał jest bardzo dobrze nasączoną. Nieco esencji zostaje w opakowaniu. Maska jest komfortowa ale po zdjęciu czuć na skórze gesty lepki śluz. Po jakimś czasie zaczyna się wchłaniać.. a raczej gęstnieć. Powstaje powłoczka, którą grzeje skórę, jakby nie pozwalała jej oddychać, a tego nienawidzę.
Skóra nie jest gładka, a troszkę lepka i tępa. Nie jest to maseczka po której mogłabym nałożyć makijaż.. ta warstwa za bardzo mi przeszkadza. Dlatego cieszę się, że zupełnie przypadkiem z maski skorzystałam wieczorem. Po jej zdjęciu ze skóra już nic nie robiłam aby przekonać się jak zareaguje na taką pielęgnację. Generalnie nic złego się nie działo, nie był zaczerwienienia ani podrażnień.


Pory nie były zmniejszone ale skóra wyglądała lepiej.. wcześniejsze zaczerwienienia zostały przytoczone.. ale lekka warstwa i uczucie ciepła na twarzy wciąż mi przeszkadzało..  więc poszłam problem przespać 😅

Rano skóra wyglądała poprawnie. Nic mnie w nocy nie budziło ale specjalnie korzystnych aspektów tej maski nie dostrzegam. Nie widzę specjalnego efektu oczyszczenia skóry. Nawilżenie było całkiem poprawne ale efekt lepka warstwa bardziej mnie irytowała niż uszczęśliwiał. Jedynie rysunek na masce okazał się pocieszny chociaż spodziewałam się, że będzie to wyglądać znacznie gorzej i bardziej przerażająco.. co nie zmienia faktu, że nagle mąż nabrał ochoty na robienie sobie ze mną sweet foci.. chyba powinnam mu te zdjęcia skasować.. albo przynajmniej wziąć za nie opłatę.


Rano umyłam twarz delikatnym produktem i zaaplikowałam tonik bambusowy Avebio. Moja skóra na tonik reaguje zazwyczaj delikatnym zaczerwienieniem ale takiego jak wówczas jeszcze nigdy nie miałam. Obawiam się, że to mogła być kombinacja maski i toniku.. podejrzewam, że maska mogła trochę uwrażliwić skórę co tonik bardzo dosadnie mi pokazał.. ewentualnie skóra miała gorszy dzień. 



HOLIKA HOLIKA - PURE ESSENCE MASK SHEET - SHEABUTTER
Maseczka Holika Holika to prezent od Anuli. Całkiem niedawno maseczki Holika Holika pojawiły się stacjonarnie w Drogerii Natura. Tę również tam widziałam.

Od producenta:
Maseczka z ekstraktem z masła Shea. Ma właściwości głęboko nawilżające oraz odżywcze dla skóry. Maseczka typu Essence zrobiona jest na specjalnym materiale o charakterystyce żelopodobnej, dzięki czemu doskonale przylega do skóry twarzy i idealnie dopasowuje się do jej kształtu.

Skład (INCI): Water, Dipropylene Glycol, Glycerin, Polyglyceryl-10 Laurate, Bytylene Glicol, Centella Asiatica Extract, Paeonia Suffruticosa Root Extract, 1,2-Hexanediol, Hydroxyethylcellulose, Chamomilla (Matricaria) Flower Extract, Glyceryl Caprylate, Arginine, Carbomer, ethylhexylglycerin, Xanthhan Gum, Allantoin, Sodium Hyalurobate, Viola Tricolor Extract, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil, Centaurea Cyanus Flower Extract, Citrus Paradisi (Grapefruit) Peel Oil, Lavendula Angustifolia Lavender) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Oryza Sativa (Rice) bran Oil, Boswellia carterii Oil, Pelargonium Graveolens Flower Oil, Vetiveria Zizanoides Root Oil, Disodium EDTA.


Maseczkę zostawiłam sobie na koniec, bo najbardziej mnie zaciekawiła. Dla części ludzi może być to nielogiczne ale cóż.. lubię zostawiać to co najlepsze na koniec. W masce zaciekawił mnie wyraz "żelopodobnej". Takiej maseczki jeszcze nie miałam! Zachęciło mnie to do szybszego zużycia masek dzięki czemu post w końcu powstał. Tak.. w tym szaleństwie jest trochę logiki.

 
Wyciągam maskę z opakowania i co? Gdzie ta "żelopodobna charakterystyka"?! Toż to zwykły materiał jest! Już mam drgawki, bo psychicznie się nastawiłam ale w sumie nie jest źle. Maska jest niezwykle cienka! Takie delikatnie płaty kojarzę jedynie z masek Yunifang które uwielbiałam i wciąż wspominam je z wielkim sentymentem. Ta maska jest im najbliższa ze wszystkich jakie używałam do tej pory. Płat przylega idealnie do skóry, wszystkie otworki na swoim miejscu, miejsce na oczy odpowiednio duże i komfortowe. Pęcherzyki powietrza z łatwością można się pozbyć. Jest komfortowa chociaż zapach chemiczny ale nie nachalny. Da się w niej żyć i funkcjonować!


W środku została naprawdę dużo esencji. Można wykorzystać ją ponownie w formie maski i tak też uczyniłam! Oczywiście nie na tej samej masce tylko zasięgnęłam do moich zbiorów skompresowanych maseczek których mam pod dostatkiem. Wypłukałam maskę skompresowaną pod bieżącą wodą, wycisnęłam i nasączyłam esencją.. Voila!

Maskę zaaplikowałam późno wieczorem i trzymałam około 20 minut. Zdjęłam, wmasowałam pozostałość esencji i poszłam spać. Rano poznałam się w lustrze więc pierwszy sukces w postaci braku buraka lub wysypu na twarzy uznaję za pozytywnie zakończony. Twarzy rano przemyłam łagodnym produktem, a skóra po chwili zaczęła domagać się nawilżenia.Efekt działania maseczki był bardzo znikomy, a szkoda bo płachta była rewelacyjna.


Najlepsze efekty zafundowała mi maska ze Spa Life, która jednocześnie jest najtrudniej dostępna.. w zasadzie nie wiem gdzie jej szukać. Z drugiej strony nie wiem czy jest warta aż takich wysiłków. Pozostałe dwie maseczki były raczej przeciętne chociaż Holika Holika wyróżnia się z uwagi na genialnie cienki materiał, który przypominał mi maski Yunifang które bardzo lubiłam.. ale działanie jest już za słabe. Za to zwierzak ze Skin79 to już raczej taka zabawa w zwierzaka i nieco mniej efektów pielęgnacyjnych.

Nie, raczej do żadnej z nich powrotu nie planuję.. i jeszcze te składy.. chyba wolę nasączyć skompresowaną maskę tonikiem np. hibiskusowym z Sylveco 😉


kwietnia 14, 2018

ALTERNATYWA DLA KREMÓW DO STÓP OD EVREE, CZYLI DEOREPAIR W FORMIE SPRAYU

ALTERNATYWA DLA KREMÓW DO STÓP OD EVREE, CZYLI DEOREPAIR W FORMIE SPRAYU

Zachwycona działaniem serum do stóp od Evree pokusiłam się o kolejny produkt do stóp. Jak to w życiu bywa nie każde ciastko jest pyszne.. a niektóre mogą zaszkodzić.. i dokładnie tak to wyglądało w tym przypadku. Jak widać jedna marka może zrobić naprawdę fajny produkt, a przy okazji fatalny.. równowaga w przyrodzie musi być zachowana.


Od producenta:
Ekspresowo nawilżający spray do stóp, alternatywa dla kremu do skóry suchej i szorstkiej, skłonne do pocenie.  Rezultat. Natychmiastowo regenerowane, nawilżone i wygładzone stopy. Pozostawia przyjemny i orzeźwiający zapach.

Sposób użycia:
Ustaw butelkę do góry dnem i rozpyl równomiernie z odległości 10-15 cm na umyte i osuszone stopy. Zwróć szczególną uwagę na miejsc między palcami i spody stóp. Następnie poczekaj kilka sekund do całkowitego wchłonięcia.

Miej go zawsze przy sobie. Możesz stosować  za każdym razem kiedy poczujesz, że Twoje stopy są suche, spierzchnięte i potrzebują natychmiastowego nawilżenia oraz odświeżenia.


Serum do stóp z Evree zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie w związku z czym postanowiłam wypróbować  kolejne produkty do pielęgnacji stóp.. w końcu zapowiadało się, że Evree za się na rzeczy. Ekspresowo nawilżający spray do stóp to wręcz połączenie wszystkiego co może tworzyć mój produkt idealny do stóp. Aplikuja za pomocą atomizera, nie muszę macać moich podatnych na łaskotki stópek, wszystko dzieje się ekspresowo i higieniczne.. pełna wygoda !

Bzdura.. tak mocno w maliny jeszcze nie dałem się wpuścić jak przy tym produkcie. Zapach silnie mentolowy aż trochę przymula, chociaż w przypadku stóp nie jest to specjalnie zaskakujące. Aplikacja wygodna ale i tak trzeba to zrobić na siedząco bo przez chwilę nie można się ruszać.. aż tak ekspresowo produkt się nie wchłania. Jeśli aplikuję produkt na stojąco, to międzyczasie spokojnie zrobię peeling twarzy, umyję zęby i nałożę maseczkę.. i to wszystko na jednej nodze! Ma się ten zmysł równowagi 😂
Przyjemnie chłodzi.. chociaż sama woda też ma takie właściwości jeśli między palcami czuje się ruch powietrza.. i tyle.


Nie mogę odnieść się do działania przeciw poceniu się, bo nie mam tego problemu. Moje stopy to raczej sucharki i domagają się nawilżenia nawet w lecie, a ekspresowo nawilżający spray moich stóp nie nawilża wcale.. wręcz powiedziałabym, że z całkiem fajnego stanu stopy wyglądają gorzej. Stały się bardziej suche, warstwa rogowa stała się grubsza mimo stosowania pumeksów. Pięty stały się jakieś szarawe.. aż przykro patrzeć.

Po aplikacji i "wchłonięciu" i tak czuję delikatną warstwę na skórze. Nie jest ona szczególnie śliska czy tłusta. Nie wyczuwam jej chodząc, nie ślizgają się na niej skarpetki ale pod ręką przez jakiś czas jest wyczuwalna. W końcu dla świętego spokoju przestałam używać produktu w ciągu dnia, a jedynie na noc przed pójściem spać. Olewam wówczas zapach, warstwę poślizgową, oczekiwanie na wchłonięcie.. śpię. Rano.. bez zmian. Żadnych pozytywnych aspektów. 

Skład (INCI): Aqua/Water, Propylene Glucol, (Sage) Salvia Officinalis Extract, Urea, Glycerin, Hamamelis Virginiana Extract, Coceth-7, PPG-1-PEG-9 Lauryl Glycol Ether, PEG-40 Hydrogenated Castrol Oil, Panthenol, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Lactic Acid, Parfum, Limonene.

Jestem trochę zaskoczona, że nie ma tu alkohol denat bo działanie produktu na to właśnie wskazuje. Jest kilka fajnych składników jak ekstrakt z szałwii lekarskiej, mocznik, gliceryna, ekstrakt w oczaru wirginijskiego, pantenol.. a potem wszystko się sypie. Pegi czy DMDM Hydantoin to nie są składniki które chciałabym widzieć w mojej łazience.


Ostatecznie nie wiem do końca czy to produkt sam w sobie pogorszył stan moich stópek czy jednak był zwyczajnie niewystarczający na wygórowane wymagania. Jakby nie było.. nigdy więcej!


kwietnia 12, 2018

DIY BY ANULA - PEELING DO RĄK Z PŁATKAMI RÓŻ.. MÓJ WYBAWCA NA ZMASAKROWANE DŁONIE

DIY BY ANULA - PEELING DO RĄK Z PŁATKAMI RÓŻ.. MÓJ WYBAWCA NA ZMASAKROWANE DŁONIE

Nie wiem jak zacząć.. typowe "uwielbiam DIY" zaczyna robić się przewidywalne i nudne chociaż jak najbardziej adekwatne. To może tak.. Zabieram Cię dzisiaj w podróż po niebiańską gładkość. Co więcej cały proces do osiągnięcia wspaniałego efektu wcale nie jest monotonny, nudny, wymagający czasu czy specjalnego skupienia. Jest równie szybki jak nałożenie kremu do rąk.. a efekty zaskakują za każdym razem. Zaciekawiona?


Lubię sprzątać i do tego mam pracę w której kontakt z pyłami i brudem to norma. Na dodatek wiecznie zapominam o używaniu kremów do rąk i często jeden mały krem potrafię katować pół roku. Moje dłonie potrafią być masakrycznie przesuszone dlatego od czasu do czasu gdy jest już wyjątkowo źle robię im kilkudniowe SPA. Nakładam dużą warstwę kremu, na to bawełniane rękawiczki i albo zmuszam się do siedzenia przez minimum 2 godziny albo kładę się spać. Jednak aby dłonie doprowadzić do fajnego stanu potrzebuję trzech lub czterech takich intensywnych serii, a niestety nie zawsze mam na to ochotę. 

Przy okazji użytkowania peelingu do ciała korzystam z okazji aby dodatkowo złuszczyć dłonie oraz stopy. O ile w przypadku stóp wszystko jest jak należy to przy dłoniach takie peelingi okazują się zbyt ostre. Na dłoniach mam bardzo cienką skórę przez którą bez trudu można dojrzeć niebieską plątaninę żył.. mój dowód na to, że płynie we mnie szlachetna krew 😂 Wnętrze dłoni nie jest szczególnie wrażliwe ale góra już tak.. dlatego ten peeling to dla moich dłoni prawdziwe zbawienie.


Wystarczy zaaplikować niewielką ilość produktu i masować. Peeling jest lekko wilgotny dlatego bez trudu można go nałożyć na suche słonie ale lepiej rozprowadza się przy lekko wilgotnych. Wyraźnie czuć ogromną ilość peelingujących drobinek, które są bardzo małe i delikatne.. to korund. Taki zabieg zajmuje mi nie więcej niż minutę, a po wszystkim spłukuję maź wodą. Wszystko ładnie schodzi i nie zatyka umywalki. Za to efekt jedwabiście gładkich dłoni czuć od razu. Nie muszę zabiegu powtarzać przez kilka dni i nawet brak aplikacji kremu moje dłonie mi wybaczają.. chociaż w tym przypadku akurat po takim SPA o kremowaniu pamiętam częściej niż kiedykolwiek. Taki zabieg zrobiłam również mężowi.. ale mu się nie podobało.. za gładko i za ślisko.. za mało męsko 😂 

Peeling pachnie kwiatowo, w nawiązaniu do płatków róż ręcznie zbieranych przez Aneczkę i wieńczących peeling. Natomiast pod kołderką z płatków sam peeling wyglądem przypomina trochę owsiankę. Z powodzeniem sprawdziłby się w pielęgnacji stóp ale zwyczajnie jest mi go szkoda. 


Być może w komentarzu poniżej Anula zdradzi sekret tak udanego produktu. Być może to kwestia wymieszania zwykłego kremu z korundem? Dodania odpowiednich olejków czy maseł? A może sekret tkwi w Aneczkowych płatkach róż? Z tego co pamiętam w jego skład wchodzi krem do rąk oraz korund.. ale czy każdy krem wymieszany z korundem da tak genialny efekt? Myślę, że warto spróbować.


Identyczny Anulowy peeling otrzymała również Aneczka, do postu którego Cię odsyłam: Ręcznie robiony peeling by Anula.

Postaram się uzupełnić post o skład o ile Anula go zdradzi. Jeśli nie to możesz ją molestować na blogu Co kręci Anulę oraz na Instagramie Co kręci Anulę. 😇

https://www.instagram.com/co_kreci_anule/

Ja, ze swojej mogę jedynie podziękować za kolejne cudo 💗


Copyright © 2014 Kosmetyczny Fronesis , Blogger