marca 30, 2017

BOTANICAL CHOICE - PLASTRY NA NOS

BOTANICAL CHOICE - PLASTRY NA NOS


Tego typu produkty nie wzbudzają we mnie większego zainteresowania. Nawet szał na czarne maski spłynął spłynął po mnie jak woda po kaczce. Kiedyś testowałam przeróżne opcje ale, żadna nie spełniła swoich podstawowych obietnic, czyli nie oczyszczała. W końcu przestałam je kupować i interesować się.
Jakiś czas temu będąc w centrum handlowym szwagierka oznajmia, że musi pójść do Hebe bo są na promocji plastry na nos. Nie byłam do końca przekonana, ale skoro tak bardzo chciała je mieć to pomyślałam, że przez te kilka lat może coś się zmieniło i w końcu robią plastry, które faktycznie działają. Kupiłam.



Od producenta:
Plastry na nos to skuteczna terapia oczyszczająca przeznaczona do odtykania porów i usuwania wągrów. Aktywna warstwa wnika głęboko w pory, dokładnie oczyszczając skórę z tłuszczu i zanieczyszczeń, pozostawiając skórę czystą i gładką. Już po pierwszym użyciu widoczna będzie poprawa stanu skóry, pory są szczelniejsze, czystsze i mniej widoczne.



Sposób użycia:
Dokładnie oczyszczamy twarz. Nawilżamy skórę nosa niewielką ilością wody. Jeżeli skóra nie będzie dostatecznie nawilżona, plastry mogą nie przykleić się do skóry ograniczając skuteczność zabiegu. Przykładamy pasek gładką stroną na wilgotnej powierzchni nora, starannie dociskamy, aby usunąć pęcherzyki powietrza. Pozostawiamy na 10-15 minut, aż pasek wyschnie. Po wyschnięciu powoli zdzieramy zaczynając od brzegów nosa.

Problem w tym, że samo nawilżenie nosa na niewiele się zdaje. To wciąż za mała wilgoć aby plaster odpowiednio się przykleił do skóry. W tym celu dodatkowo zmaczam ręcznik, konjak lub gąbkę celulozową i przykładam do naklejonego na nos plastra. Wówczas ewentualne pęcherzyki powietrza łatwo się pozbyć i uzyskać skuteczne połączenie.



Opakowanie zawiera 6 sztuk plastrów z czego każdy zapakowany jest osobno. Zapach jaki z nich bije to typowo szpitalno-alkoholowy aromat. Nie jest on jednak tak bardzo intensywny aby trudno było wysiedzieć te 10-15 minut. Z czasem czuć jak plaster sztywnieje i ostatecznie mało przyjemne jest jego ściąganie. Za każdym razem część tego produktu po oderwaniu zostaje mi na środkowej części nosa. Próbowałam różnych kombinacji i za każdym razem było tak samo.

Skład (INCI): Aqua, Acrylates Copolymer, PVP, Polyvinyl Alcohol, Silica, PEG-12 Dimethicone, Titanium Dioxide, Dipotassium Glycyrrhizate, Allantoin, Hamamellis Virginan Extract, Fragrance.





Nigdy więcej tego nie kupię. Plastry wcale nie oczyszczają nosa.. może jakiś jeden bardziej podatny por nosowy będzie im łaskawy ale nic więcej. Tak naprawdę, jedyne co robią to depilują nos z najbardziej mikroskopijnych włosków jakie mogą być na twarzy. Dramat i tragedia. Jeżeli miałaś już tego typu produkty i byłaś z nich zadowolona to być może plastry sprawdzą się u Ciebie. U mnie jeszcze, żaden nie zadziałał. Został mi ostatni plasterek i już wiem, że go nie użyję.. leci do kosza.


Stosujesz tego typu produkty?
Coś Ci się sprawdziło?

marca 28, 2017

AUBREY ORGANIC - PURE ALOE VERA

AUBREY ORGANIC - PURE ALOE VERA

Zdarza Ci się kupić produkt, który później plącze się miesiącami po półkach? Robisz do niego kilka podejść ale w końcu sama nie wiesz jak go wykorzystać aby to miało sens? Mi się zdarza.. rzadko.. ale jednak. Taką przygodę miałam z płynem aloesowym marki Aubrey Organics. Niby bardzo uniwersalny produkt.. ale przez jakiś czas patrząc na niego w głowie miałam.. pustkę.. do czasu.


Samą firmę Aubrey Organics uważam za jedną z lepszych, produkujących kosmetyki organiczne. Większość produktów posiada certyfikat USDA Organic, NSF, BDIH, dodatkowo nie testuje na zwierzętach, produkty nie zawierają glutenu, są wolne od GMO i mogą być stosowane przez Wegan. 

Od producenta:
Nawilżająco - łagodzący żel pielęgnacyjny z czystego aloesy (98%). Nie ma lepszego rozwiązania dla przesuszonej i szorstkiej, wystawionej na słońce skóry, niż aloes. Ten produkt to czysty, otrzymywany z liści aloesu ekstrakt, który jest najlepszym naturalnym czynnikiem nawilżającym i łagodzącym skórę. Noś go zawsze przy sobie w torebce czy plecaku na wypadek zbyt długiej ekspozycji na słońce, a także trzymaj jeden w lodówce - ukoi Twoją skórę w mgnieniu oka.


Mam Cię! Pewnie nie czytałaś opisu producenta. Przyznaj się w komentarzu! W skrócie producent skupia się, na tym, że produkt jest świetny na oparzenia słoneczne. Nie mam co do tego wątpliwości.. ale zastosowań tego płynu jest tak wiele, że dziwi mnie takie ograniczenie. Ale po kolei..

Nieduża buteleczka o dziwnej pojemności 118 ml zawiera ciemno żółty, wodnisty płyn. Mechanizm otwierający sprawia trochę problemu, jakby nie chciał się do końca otworzyć. Myślę, że w tym przypadku o wiele fajniej sprawdziłby się spray. Za czysty płyn aloesowy, który nie jest do końca czysty (ale to norma) zapłaciłam około 44,00 zł. To czy jest to dużo czy mało, zależy od tego jak go używamy. Stosowany na ciało bardzo szybko sięgnie dna, ale w pielęgnacji twarzy powinien nam troszkę posłużyć. 

Ten produkt wybrałam nie bez powodu. Skład należy do najkrótszych jakie znalazłam, a głównym składnikiem jest czysty sok aloesowy wydobywany z wewnętrznej części liścia. To gwarantuje mi, że w środku znajdę to czego oczekuję, czyli dużą zawartość wysokiej jakości składnika. W produkcie znajduje się konserwant (ekologiczny) dzięki czemu termin przydatności jest do 2018 roku. Dla mnie to bardzo dobra wiadomość, bo niektóre kosmetyki potrafię zużywać w ekstremalnie żółwim tempie.


Produkt zagościł u mnie w lipcu 2016 z myślą o tym aby łagodził skórę jeśli niechcący przedobrzę z ekspozycją słoneczną. Nic takiego się nie stało, a o produkcie zupełnie zapomniałam. Przez 3-4 miesiące był jedynie przekładany z miejsca na miejsce, a ja nie do końca wiedziałam gdzie chcę go widzieć.. w pielęgnacji ciała, skóry głowy i włosów czy jednak w pielęgnacji twarzy.

Ostatecznie padło na pielęgnację twarzy w formie toniku, ale toniki i hydrolaty mam, a kolejny do szczęścia nie jest mi specjalnie potrzebny. I tak kolejne miesiące produkt trafił na ławkę rezerwowych. Przełomem stał się komentarz Ani, która mi uzmysłowiła, że w czeluściach szafek i pojemniczków mam zachomikowane skompresowane maseczki. Od razu po nie pobiegłam. Maski te genialnie sprawdzają się do potrzymania wilgoci masek glinkowych, czy jako samodzielne maski w połączenie z hydrolatami.. opcji ich zastosowania jest naprawdę wiele. Ania pisała o maskach w tym poście. Drugim impulsem był post z listą zastosowań żelu aleosowego u Agnieszki z bloa aGwer. Z miejsca pobiegłam po płyn aloesowy i skompresowane maski.. i przepadłam.


Skompresowaną maskę w formie tabletki moczę w wodzie, a gdy się już całkiem "rozwinie" odsączam z wody. Do granic możliwości, ale tak aby nic nie ściekało nasączam maskę w płynie aloesowym i nakładam na oczyszczoną twarz. Trzymam do momentu, aż maska zacznie wysychać i albo dokładam porcję płynu aleosowego albo maskę ściągam i wyrzucam.

Taki kompres wspaniale wpływa na wszelkie podrażnienia. Tuż po zdjęciu maski skóra jest ukojona i ładnie nawilżona. Nie pamiętam aby jakakolwiek inna maska miała tak dobry wpływ na moją skórę pod tym kątem. Absolutnie wszystkie drogeryjne maski mogą się schować i wstydzić. Ukojenie skóry jest wyraźne nawet po tym jak przesadzę z trzymaniem maski glinkowej. Najczęściej staram się nakładać taką maskę przed spaniem. Moja skóra zupełnie niczego więcej nie potrzebuje.. jedynie krem pod oczy, balsam na usta i chociaż 7 godzin snu.


Czy jest to drogi produkt? Wszystko zależy od tego jak będzie używany. W tej formie, czyli jako maska jego cena jest śmiesznie niska. Opakowanie 118 ml wystarczy mi na powiedzmy 15-20 zastosowań. Do tego doliczmy koszt skompresowanej maski, którą na allegro dostaniemy w zawrotnej cenie 0,25 gr za sztukę i otrzymujemy cenę 3,18 - 2,45 zł. Cenę możemy dodatkowo zbić jeśli zamiast skompresowanych masek będziemy robić własne np. z chusteczek Tami, które idealnie się do tego nadają.. wystarczy wyciąć odpowiednio otwory.


Skład (INCI): Aloe Barbadensis (Aloe) Leaf Juice, Leuconostoc / Radish Root Ferment Filtrate (konserwant ekologiczny),  Cyamopsis Tetragonoloba (Guar) Gum (zagęstnik, stabilizator), Citric Acid (regulator pH), Aqua.

Na stronie sklepu Bioeco, gdzie można produkt kupić w cenie 44,00 zł widnieje nieco inny skład: Aloe Barbadensis (Aloe) Leaf Juice, Citrus Grandis (Grapefruit) Extract, Cyamopsis Tetragonoloba (Guar) Gum, Tocopherol (Vitamin E). W zasadzie skład ten jest bardziej ciekawy.. ale może się to odbić na znacznie krótszym terminie ważności. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że prędzej sklep nie zrobił aktualizacji składu. Jakby nie było.. w momencie gdy mój żel aloesowy sięgnie dna bez zastanowienia sięgnę po kolejną butelkę.. niezależnie od wersji składu.


Produkt poza odmienieniem mojego podejścia do masek uratował coś jeszcze.. aloes, który rośnie sobie szczęśliwy na moim oknie w kuchni. Przyznam, że już nieraz patrzyłam na niego pożądliwym okiem ale dopóki na łazienkowej półce jest Pure Aloe Vera jego życiu nic nie zagraża.

Stosujesz w pielęgnacji aloes?
Masz swój ulubiony patent na jego stosowanie?


marca 26, 2017

INGLOT - PUDER SYPKI

INGLOT - PUDER SYPKI



Kilka lat temu poza Inglotem nie widziałam lepszej marki. Częściowo wpływ na to miał fakt, że jest to nasza rodzima marka, która odniosła światowy sukces. System Freedom był wręcz genialny i skrojony idealnie do moich potrzeba. Z każdą wizytą przy stoisku Inglota moje uwielbienie się pogłębiało i niemal nigdy nie odchodziłam z pustymi rękami. Jednak jakiś czas temu coś się zmieniło, być może wpływ na to miała śmierć założyciela marki pana Wojciecha Inglota.. ale Inglot to już nie ten sam Inglot co kiedyś. Mimo to wciąż dawałam szansę innym produktom i tak trafił do mnie puder sypki zachwalany przez miłą ekspedientkę.



Opis producent:
Delikatna formuła sypkiego pudru idealna do wykończenia makijażu. Doskonale współpracuje z podkładami do twarzy, nadając efekt idealnie gładkiej skóry.

Podobno dobry produkt sam się obroni, ale z tak krótkim opisem chyba jeszcze się nie spotkałam.



W opakowaniu mamy ogromną pojemność 30g. Kiedy go kupowałam kosztował około 50-60 zł, a aktualnie jego cena na stronie producenta to 45 zł. Opakowanie wbrew pozorom nie jest szklane, to plastik ale jak widać bardzo dobrej jakości. Mimo wysłużenia opakowanie wygląda nienagannie i estetycznie. Jedyne czego brakuje to puszek, który nie wytrzymał próby czasu. Ciągłe mycie, suszenie, używanie.. jego los dobiegł końca.

Sitko wykonane jest z miękkiego plastiku i bez większych trudności można je zdjąć, ale bez obaw, samo z siebie nigdy nie "wyskoczy" z opakowania. W zasadzie nie mam większych zastrzeżeń co do opakowania. jest gustowne, proste, eleganckie i solidne.



Do aplikacji pudru służy mi duży pędzel Hakuro. Zamknięty puder odwracam stosunkowo szybkim ruchem do dołu wieczkiem i do góry. Ilość pudru jaka zostaje na wieczku na ogół wystarczy do tego aby przypudrować twarz. To jak ten puder jest wydajny jest po prostu niewiarygodne. Zdążyłam go w tym czasie dziesięć razy znienawidzić i pięć razy pokochać, a dopiero połowę zużyłam.

Puder ładnie matowi skórę ale nie na cały dzień. U mnie są to jakieś 3-4 godziny, czyli stosunkowo standardowy czas. Problem w tym, że każda kolejna warstwa wygląda na skórze źle. Co gorsza mam wrażenie, że w połączeniu z podkładem zaczyna oksydować w stronę pomarańczowego odcienie. Im wyższa temperatura na zewnątrz i szybciej przetłuszcza się skóra tym szybciej oksyduje.



Mimo dość mocnego pigmentu puder ma niewielkie właściwości kryjące. Raczej spodziewać się możemy wyłącznie matowego wykończenia ale nie jest totalnie płaski mat. Mimo wszystko puder wymaga ode mnie użycia mgiełki aby ładnie scalić się z podkładem. Z biegiem czasu potrafi podkreślić suche skórki i nieestetycznie dawać efekt ciasta. Dlatego im mniej go zaaplikuje tym lepiej. Później w grę wchodzą jedynie bibułki matujące.   

Skład (INCI): Talc, Mica, Zinc Stearatem, Polydimethylsilocane, Titanium Dioxide, Caprylic / Capric Triglyceride, Lauroyl Lysine, Isopropylparaben, Isobutylparaben, Butylparaben, Vitamina E, Fragrance, [+/-] CI 77007, CI 77491, CI 77492, CI77499.



W momencie gdy przez kilka dni (3-4 dni) codziennie wykonuję makijaż, moja skóra cierpi. Pojawiają się drobne niedoskonałości i miejscowe przesuszenie skóry. Nie ma wówczas znaczenia jak wygląda moja pielęgnacja, po prostu skóra woła DOŚĆ!

Skład pudru nie jest najlepszy. Talk na ogół występuje w większości pudrów czy to sypkich czy sprasowanych i nie brakuje go w pudrach które mam, chociaż specjalnie z tego faktu zadowolona nie jestem. Witamina E wydaje się tutaj wsadzona na odczep, bo mimo wszystko wygląda to średnio dobrze.



Puder nie jest najgorszy ale nie lubię go. Dawałam mu wiele szans i zdecydowanie wolę sięgać po cokolwiek innego. Aktualnie dorobiłam się 4 innych pudrów i ten omijam szerokim łukiem. Głównym powodem jest to, że za sypkimi produktami po prostu nie przepadam. Mimo wszystko lubię w stosunkowo normalnym tempie sięgać denka, a już tym bardziej kolorówki. W tym przypadku jest to niemal niemożliwe. Nie noszę w torebce na co dzień pudrów ale na wyjazdy czy bardziej wyjątkowe okazje owszem. Wówczas wolę sięgać po coś kompaktowego i coś co mi nie upaćka łazienki i ubrań. W dodatku nie wydaje mi się aby był wart swojej ceny. Drogeryjne pudry wydają się mu dorównywać, a nawet przewyższać jakością. Puder jest jednym z najstarszych produktów makijażowych do twarzy jakie posiadam i zdecydowanie zasłużył sobie na emeryturę.. w związku z czym pojawi się w najbliższym denku.. bez żalu i bez tęsknoty.


Preferujesz pudry sypkie czy prasowane?
A może miałaś już styczność z tym pudrem?

marca 24, 2017

COLAB - SUCHY SZAMPON WERSJA PARIS

COLAB - SUCHY SZAMPON WERSJA PARIS

Siła internetu jest niesamowita, działa nawet na mnie chociaż na ogół uważam się za osobę odporną. Jednak wraz z prowadzeniem bloga ta moja odporność gdzieś zanika, a moja lista chciejstw wydłuża się w nieskończoność. Pamiętasz jak jeszcze niedawno szampony Batiste mogły być jedynie marzeniem, a teraz z łatwością są dostępne w najbardziej popularnych drogeriach? Aktualnie w suchych szamponach możemy przebierać. Pojawiły się różne wersje zapachowe, kolorystyczne ale i inne marki podchwyciły temat i na rynek rzuciły własne produkty.


Nie brakuje także blogerek / vlogerek, które na rynek wypuściły własne produkty. Do jednej z nich należy Ruth Crilly, która prowadzi blog oraz kanał na youtube o nazwie A model recommends. Ruth to zwariowana modelka, żona i matka, która uciekła z wielkiego miasta i przeprowadziła się na wieś. To jednak wcale nie przeszkodziło jej w stworzeniu własnej linii suchych szamponów.

Od producenta:
Usuwa nadmiar sebum i nadaje włosom świeży zapach. Dobrze wstrząsnąć. Dokładnie zaaplikować na włosy i skórę głowy. Można także zaaplikować przed stylizacją u nasady włosów, bo dodać im objętości.


Szampony Colab mają pojemność 200 ml i są bardzo dobrą konkurencją dla popularnych szamponów Batiste. Na wersję Paris skusiłam się pod wpływem zachwytów nad zapachem. Choć na opakowaniu widnieją róże to nie są one jedynym wyczuwalnym kwiatem. Króluje tutaj bukiet jaśminu w połączeniu z różą i subtelną nutą paczuli. Zapach bardzo kobiecy i nienachalny, niczym prawdziwe kwiatowe perfumy. Niestety dosyć szybko ulotny.


Po suche szampony staram się sięgać w ostateczności i po każdym ich użyciu jeszcze tego samego dnia myję moje włosy. Mimo to termin ich użytkowania w moim domu to średnio 3-4 miesiące. To nawet krótko jak na korzystanie w nagłych wypadkach ale moje suche szampony upodobał sobie także mój mąż. Zabawne jest to, że żelu do kąpieli o zapachu gruszki z czekoladą nie użyje bo "to takie babskie", a suchy szampon o zapachu jaśminu, róż i paczuli już mu tak nie przeszkadza :-D

Sam szampon oceniam dosyć dobrze. Robi dokładnie to co się od niego oczekuje, czyli odświeża włosy. Po aplikacji powstaje subtelny biały osad, który z łatwości daje się wyczesać. Jednak zbyt blisko zaaplikowany może okazać się znacznie trudniejszy do usunięcia dlatego warto (w każdym przypadku) zachować odległość tych 30 cm. Mam jednak wrażenie, że ten nalot jest jakby mniejszy niż w przypadku popularnych szamponów Batiste. Ponadto, szampon nie skleja włosów i nie sprawia, że są całkowicie matowe. Jeżeli spodziewamy się po nim czegoś więcej poza odświeżeniem fryzury to można być zawiedzionym.. ale chyba właśnie o tyle chodzi.. o odświeżenie.


W przypadku suchych szamponów jest coś co mnie po prostu dobija.. pył. Po aplikacji na włosach pozostaje biały nalot. Po wchłonięciu sebum i wyczesaniu jest on oczywiście niewidoczny.. w domu. Jednak nieraz w piękny słoneczny dzień na mieście widziałam dziewczyny z białym nalotem na włosach. Było to widoczne pod pewnym kątem padania promieni słonecznych.. ale jednak. Od tego czasu staram się częściej sięgać po wersje dla brunetek, a zwykłe zostawiam na okres bardziej pochmurny. Jednak pył na włosach to jedno, a pył osadzający się w pomieszczeniach to drugie. Po każdorazowym użyciu suchego szamponu w łazience mam warstwę białego pyłu. Wchodzi to dosłownie wszędzie i osiada. Jest to na tyle irytujące, że zaczynam zastanawiać się nad wprowadzeniem nakazu stosowania suchych szamponów na balkonie albo klatce schodowej. Dotyczy to nie tylko Colab w wersji Paris ale także szamponów Batiste. I chociaż Ruth miała na celu stworzenie szamponów, które nalotu nie zostawiają to jednak nie do końca się to udało. Czy naprawdę nic nie da się z tym zrobić?



Widzę subtelną różnicę między tym suchym szamponem, a zapachowymi wersjami Batiste. Jednak po takie specyfiki nie sięgam zbyt często i pewne szczegóły mogły mi umknąć. Dlatego zarówno Colab jak i Batiste oceniam podobnie z niewielkim plusikiem dla Colab z uwagi na mniejszy osad.

Szampony Colab znajdziesz stacjonarnie w drogeriach Hebe. Ich ceny nie różnią się specjalnie od cen szamponów Batiste, a czasem są od nich tańsze. Aktualnie w Hebe do 29 marca na wszystkie szampony, odżywki i maski w tym suche szampony trwa promocja do -40%. Za Colab zapłacimy aktualnie 8,99 do 11,99 zł w zależności od wersji szamponu, a za Batiste 10,99 zł. Do Colab z pewnością jeszcze wrócę ale nie czuję się szczególnie przywiązana do wersji Paris. Może inne wersje zrobią na mnie większe wrażenie.

Kto się wybiera do Hebe?

Copyright © 2014 Kosmetyczny Fronesis , Blogger