września 25, 2017

WILLOW ORGANICS - FRUITY SUGAR SCRUB, CZYLI OWOCOWY PEELING DO CIAŁA

WILLOW ORGANICS - FRUITY SUGAR SCRUB, CZYLI OWOCOWY PEELING DO CIAŁA


Willow Organics to bardzo młoda manufaktura, której autorkę możesz poznać bliżej poprzez blog Porcelanowe Włosy. Aktualnie w ofercie znajdziesz Fruity Mousse czyli balsam do twarzy i ciała, Yellow Rose Buds olejek do ciała oraz dzisiejszego bohatera czyli peeling do ciała Fruity Sugar Scrub. Przez lata byłam ogromną fanką peelingów na bazie cukru, a ostatnio moje serce podbiły peelingi kawowe. W związku z czym Fruity Sugar Scrub wcale nie miał ze mną łatwo.


Od producenta:
Peeling do ciała na bazie brązowego cukru trzcinowego z wyspy Reunion. Dokładnie złuszcza martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką i dobrze nawilżoną. Olejek z owoców werbeny egzotycznej nadaje mu energetyzujący i relaksujący zapach. Stosować raz w tygodniu, na oczyszczone i zwilżone wodą ciało.


Opakowanie jest bardzo schludne i estetyczne. Z pewnością przypadną do gustu każdej minimalistce.. ja je uwielbiam. Dla jednych szkło w łazience może być kiepskim rozwiązaniem ale z mojej perspektywy to zawsze jest zaleta. Jeśli mam wybór to zawsze wolę szklane opakowania. Być może nie są najszczęśliwszym rozwiązaniem jeśli chodzi o podróże ale ja na wakacje kilka razy w roku nie jeżdżę, a jeśli już to staram się duże pojemności kosmetyków przenosić w małe pojemniczki podróżne. O wiele bardziej w tym przypadku cenię sobie higieniczność oraz estetykę opakowania od początku do końca użytkowania produktu. Dodatkowo ciężki szklany słoik z czarną pokrywką z całą pewnością znajdzie u mnie drugie życie.


Po otwarciu słoika bardzo zaskoczyła mnie konsystencja peelingu. Jest on niezwykle mocno zbity. Moja niezawodna szpatułka wbita w peeling na pół centymetra stała na baczność. To już dało mi podstawę do tego aby uznać peeling za wydajny i ani trochę się nie pomyliłam. Peeling mogę określić jako cukrowy nasączony olejkami, a nie jako olejki z dodatkiem cukru. To robi naprawdę sporą różnicę. 

Zapach peelingu to prawdziwa eksplozja cytrusów. Już niejednokrotnie powtarzałam (w tym miesiącu), że zapach werbeny w kosmetykach bardzo lubię.. no dobra.. uwielbiam. Obecnie już skończyłam balsam do ciała Sephora o zapachu werbeny i od momentu gdy dotarły do mnie produkty Willow zaczęłam się z nim męczyć. Różnica między tymi zapachami jest taka jak przy zapachu wody z perfumami Chanel No. 5. Wąchając najpierw peeling Willow, a następnie balsam Sephory.. zapachu Sephory wcale nie wyczuwam. Kolosalna różnica!.. a przecież balsam Sephory naprawdę lubiłam i to głównie za jego zapach.


Jeśli zależy ci najbardziej na solidnym i mocnym złuszczaniu skóry to zdecydowanie najlepszą opcją są rękawice Kessa czy peelingi na bazie kawy. Peelingi cukrowe są dość specyficzne i w mojej ocenie trudno nazwać je mocnym zdzierakiem. Warto je stosować na skórę etapami, czyli najpierw przedramię, łydka.. prawa, lewa.. brzuch itd. Każdej partii ciała należy poświęcić oddzielny czas, bo cukier w kontakcie z wodą i wykonywanym masażem ulega rozpuszczeniu. To charakterystyczna cecha cukrowych peelingów do których przez lata miałam słabość i wciąż je uwielbiam.

W przypadku peelingu Willow jest podobnie. To bardzo przyjemny zdzierak, który zrobi to co powinien o ile zastosujemy go partiami ale przy tym nie zrobi naszej skórze krzywdy. Jest jednak coś co go wyróżnia..

Ogrom olejków jest tu powalający. Po spłukaniu skóra jest tłusta, a woda z niej niemal spływa. Jednak bez obaw, bo ciało bardzo chętnie te olejki przyjmuje. Zawsze przy stosowaniu tego typu peelingów po ich użyciu zajmuję się pielęgnacją stóp. W tym czasie dobroczynne olejki działają na skórę, a po opłukaniu ciała wodą wystarczy delikatne osuszenie ręcznikiem i możesz zakładać ubranie czy też piżamkę. Nic się nie lepi, nie klei, nie jest tłuste.. za to zapach na skórze wciąż pozostaje bardzo dobrze wyczuwalny. Dla mnie to prawdziwy relaks i ukojenie zmysłów.. powtórzę się.. uwielbiam zapach werbeny. W przypadku peelingu aromat towarzyszy mi dłużej niż ma to miejsce przy wodzie toaletowej Yves Rocher Werbena czy balsamie do ciała z Sephory Cytrynowa Werbena. To dość niezwykłe, bo to jednak peeling, chociaż tu dostajemy w jednym produkcie złuszczenie i nawilżenie skóry.


Skład (INCI): Sucrose, Mangifera Indica Seed Butter (masło mango), Butyrospermum Parkii Butter (maslo Shea), Carthamus Tinctorius Seed Oil (olej z krokosza barwierskiego), Prunus Armeniaca Kernel Oil (olej z pestek moreli), Tocopherol (witamina E), Litsea Cubeba Fruit Oil (olejek z werbeny egzotycznej), Copaifera Officinalis Resin (balsam Copaiba), Linalool*, Limonene*, Citral*, Citronellol*, Geraniol*.
*naturalne składniki olejku eterycznego

Być może mi się tylko wydaje ale widzę tu upodobanie autorki do masła mango. Jakiś czas temu otrzymałam od Mariki Balsam do ust o zapachu mango, który spisał się u mnie rewelacyjnie. Na tyle rewelacyjnie, że wylądował w ulubieńcach miesiąca. W przypadku peelingu to właśnie masło mango widnieje na drugim miejscu zaraz po brązowym cukrze trzcinowym. Najczęściej prym wiedzie masło Shea.. ale nie tutaj. Masło mango posiada podobna strukturę i zastosowanie do masła kakaowego i shea. Jednak mango jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym. Posiada właściwości regenerujące i nawilżające skórę. Sprawdza się również przy skórach dotkniętych zmianami łuszczycowymi czy egzemą. Co więcej masło to może być stosowane jako środek powierzchniowo czynny. W składzie znajdziemy również dobrze znane masło Shea. Ciekawostką jest tu olej z krokosza barwierskiego. To bardzo wartościowy ale i łagodny olej zalecany w przypadku problemów skórnych takich jak: zmarszczki, zwiotczała skóra, trądzik. Olej ten zupełnie nie ma właściwości komedogennych czyli nie zatyka porów skóry. Za to ładnie nawilża skórę i ją chroni dzięki zawartości witaminy E. Następny w kolejności składnik jest uznawany za najbogatszy olej roślinny w nienasycone kwasy tłuszczowe, a jest nim olej z pestek moreli. Ma lekką teksturę i szybko się wchłania. Odbudowuje i chroni barierę skórną, zmiękcza, wygładza oraz pomaga utrzymać prawidłowe nawilżenie skóry. Witaminę E znajdziemy obecnie niemal we wszystkich produktach, to tak powszechnie stosowany składnik, że jego obecność już nie zaskakuje ale jej brak wręcz może mocno zaskoczyć. Nic dziwnego, bo witamina E ma sile działanie antyoksydacyjne, ujędrniające i odżywcze. Wzmacnia skórę i poprawia jej ukrwienie. Następnie coś co bardzo lubię, czyli olejek z werbeny egzotycznej. Dla mnie może pełnić wyłącznie funkcję zapachową ale jego działanie na skórę również jest nieocenione. Werbena wspaniale koi i łagodzi podrażnienia oraz stany zapalne, działa odświeżająco, tonizuje skórę oraz delikatnie pomaga jej w oczyszczaniu. Stosowana od lat w leczeniu bólów głowy, migreny, a nawet depresji. Na koniec totalne zaskoczenie Copaifera Officinalis Resin, czyli balsam Copaiba inaczej nazywany balsamem Jezuitów. Dla mnie to totalne zaskoczenie, bo nigdy wcześniej o tym składniku nie słyszałam. (Marika! Skąd Ty bierzesz takie rzeczy?! 😂) Balsam działa odkażająco przez co idealnie sprawdzi się po goleniu czy depilacji. Poprawia krążenie limfy w organizmie i utrwala zapach produktów. Działa również przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo. Świetnie sprawdzi się przy cerach ze stanem zapalnym, podrażnionych i z trądzikiem. Pozostałe składniki to wyłącznie substancje będące naturalnym składnikiem zastosowanych uprzednio składników. Przykładowo masło mango zawiera 35-50% kwasu oleinowego, 5-8% kwasu palmitynowego, 4-8% linolowego i 33-48% kwasu stearynowego. Za to olej z nasion krokosza barwierskiego około 70% kwasu linolowego. Natomiast Komisja Europejska wymaga od producentów umieszczenia informacji w składzie o zawartości substancji zapachowych nawet jeśli są one nieodłącznym elementem naturalnego składnika.


Na ogół pod prysznic nie zabieram ze sobą peelingów do ciała, a wszystko w obawie przed dostaniem się do środka wilgoci, która w krótkim czasie potrafi produkt zepsuć. Peelingi z opakowań zawsze wydobywam przy użyciu łyżeczki lub szpatułki.. nigdy mokrej dłoni. Najczęściej odpowiednią porcję przygotowuję sobie jeszcze przed prysznicem odkładając do szklanki. Tak.. można uznać, że przesadzam. Jednak nie mam wanny, a jedynie prysznic pod którym wszystko zawsze jest mokre. To tak jakbyś do wanny z wodą wrzuciła wszystkie produkty, których zamierzasz użyć. Założę się, że tego nie robisz. Peeling Willow zaprosiłam jednak pod prysznic aby sprawdzić jak etykieta poradzi sobie tak trudnych warunkach, bo jednak lubię gdy opakowania kosmetyków od początku do końca wyglądają estetycznie.


Etykieta ani drgnęła. Po miesiącu użytkowania opakowanie wciąż wygląda nienagannie i estetycznie co bardzo cieszy moje oczy. Od momentu gdy produkt trafił w moje ręce do dzisiaj w użyciu był 7-8 razy. Jak na pojemność 120g i użytkowania na całym ciele (do tego w opakowaniu wciąż znajduje się produkt) uważam to za całkiem dobry rezultat wydajnościowy.

Jednak w przypadku tego peelingu czuję się z lekka zażenowana.. mam wrażenie, że na niego nie zasługuję 😂 Moja kondycja fizyczna przez ostatnio rok mocno podupadła.. i weź człowieku uracz takim produktem tyłek, który na to nie zasługuje. Tak. Peeling poniekąd namówił mnie do powrotu do aktywności fizycznej. Po ćwiczeniach i kąpieli z Willow mam podwójną satysfakcję, a sam zapach wprowadza mnie w dobry humor. Nie da się ukryć, że skład peelingu został bardzo dobrze przemyślany. Tu wszystko jest na swoim miejscu. Peeling na najwyższym poziomie dba nie tylko o skórę ale również o zmysły. Bardzo udany produkt! Brawo!

Ehh.. aż mi się łezka w oku zakręciła. Naprawdę się wzruszyłam..
Zdecydowanie mój ulubiony peeling cukrowy do tego o cudownym zapachu werbeny osłodzonej morelą. Miodzio!

Mały trik! Aby peeling cukrowy był bardziej wydajny i dłużej ścierał naskórek zmocz skórę wodę, a jej nadmiar ściągnij dłonią. Im mniej wody na skórze tym kryształki cukru będą się wolniej rozpuszczać co przełoży się na wydajność produktu.. dotyczy to wszystkich peelingów cukrowych 😉

Zapraszam również do poznania opinii Moniki z bloga Mama z różową torebką oraz Anny z bloga Co kręci Anulę.

Mama z różową torebką - Fruity Sugar Scrub - Peeling do ciała

Co kręci Anulę -  Owocowy peeling do ciała Willow Organics


września 22, 2017

PURE SKIN FOOD, CZYLI CZYSTA NATURALNA W WALCE O PIĘKNĄ SKÓRĘ

PURE SKIN FOOD, CZYLI CZYSTA NATURALNA W WALCE O PIĘKNĄ SKÓRĘ

Od dawna miałam chęć na przetestowanie w pełni organicznych produktów Pure Skin Food pochodzących z Graz w Austrii. Przemawiały do mnie nie tylko śliczne opakowania utrzymane w minimalistycznych kolorach i grafice ale sama nazwa marki i przede wszystkim składy. Nazwa zdecydowanie oddaje to co znajdziemy w środku czyli całkowicie czyste substancje najwyższej jakości, które będą karmić naszą skórę. Prawda, że brzmi cudownie?  Ale teoria zawsze jest bardzo obiecująca.. liczą się efekty!


Z dostępnego asortymentu Pure Skin Food najbardziej ciekawiły mnie olejki Beauty. Hydrolaty / Toniki również wydawały się ciekawe ale miałam co do nich sporo wątpliwości, czy są mi potrzebne przy moich zapasach. Jednak w sklepie Bioana była bardzo fajna oferta na wszystkie zestawy Pure Skin Food i to przekonało mnie całkowicie. 

Zdecydowałam się na zestaw skomponowany na potrzeby skóry wrażliwej, podrażnionej i skłonnej do alergii. Z mojego punktu widzenia to zawsze najbezpieczniejsze rozwiązanie. W końca każda cera miewa lepsze o gorsze dni. Moja w tych gorszych najczęściej jest podrażniona i wymaga ukojenia oraz łagodnego traktowania. Co jednak nie oznacza, że produkty kupiłam wyłącznie z myślą o takich dniach. Niejednokrotnie moja skóra daje mi znać, że tego całego nawilżania, natłuszczania, przesuszania, oczyszczania jest za dużo dlatego staram się aby moja pielęgnacyjna rutyna opierała się głównie na łagodnych produktach.. i ten zestaw wydał mi się idealny.

W jego skład zestawu wchodzi Tonik (hydrolat) z rumianku pospolitego oraz Olejek Beauty do skóry wrażliwej, alergicznej oraz cery normalnej


PURE SKIN FOOD - TONING MOISTURISER SOOTHING & STRENGHTENING CALMING CHAMOMILE

Od producenta:
Tonik nawilżający z rumiankiem doskonale tonizuje i nawilża skórę:
  • uspokaja suchą, napiętą i podrażnioną skórę
  • ma silne działanie przeciwzapalne
  • wyciąg z rumianku skutecznie działa na skórę przy wysypkach i trądziku
  • cudowanie uspokaja skórę po kąpieli słonecznej

Tonik można stosować do oczyszczania, usuwania makijażu, jako toner i balsam do twarzy oraz całego ciała i włosów.

Łagodny Tonik nawilżający powstał z czystych wyciągów roślinnych, zawiera wyselekcjonowane wysokiej jakości składniki pielęgnacyjne, nie zawiera alkoholu, sztucznych barwników, substancji zapachowych ani konserwantów.


W zestawie znajdowało się 50 ml opakowanie toniku ale bez przeszkód można je kupić oddzielnie w dwóch pojemnościach: 50 ml oraz 100 ml. Należy jednak wziąć pod uwagę krótki termin przydatności, bo zaledwie 3 miesięczny od otwarcia. Jeśli lubisz naturalną pielęgnację to z pewnością zaskoczona nie jesteś.. to często cecha naturalnych kosmetyków.

Tonik ma lekko żółtawy kolor co również jest typowe dla produktów na bazie rumianku, a także charakterystyczny zapach. Miałam już styczność z hydrolatem z rumianku ale ten zapach wydaje mi się bardziej intensywny. Dla niektórych może to okazać się zbyt drażniące dla nosa.. ale mi osobiście ta intensywność nawet pasuje. 

Miałam niewielkie problemy z dozownikiem. Mgiełka która się wydobywała miała kształt.. koła.. dziwne aby miała kształt trójkąta 😂 ale aplikując bezpośrednio w centralną część twarzy, środek otrzymywał mniej produktu niż broda, czoło i żuchwa. Nie jest to jakiś szczególny problem.. bo wystarczyło zmienić sposób aplikacji.. i nie będę się tego czepiać głównie dlatego, że każde psiknięcie to prawdziwa lekka mgiełka! Żadnego silnego strumienia.. tylko leciutka prosto na skórę.


Skład (INCI): Chamomilla Recutita Flower Water*, Limonene**.
*100% bio
**naturalny składnik olejków eterycznych

Rumianek pospolity na bazie którego stworzono tonik jest dość dobrze znaną i powszechną rośliną. Znajdziemy go w produktach do pielęgnacji skóry wrażliwej jak i podrażnionej. Posiada silne właściwości łagodzące oraz nawilżające w związku z czym sprawdzi się również na cerach delikatnych, naczynkowych czy trądzikowych. Ma działanie przeciwzapalne oraz antyseptyczne.

Jak go stosowałam?
Początkowo głównie w duecie z olejkiem, czyli po oczyszczeniu skóry tonik i kilka kropli olejku, ale także jako mgiełkę do odświeżenia skóry czy ukojenia. W każdym z tych przypadków spisywał się całkiem fajnie i rzeczywiście widziałam jego właściwości antyseptyczne i przeciwzapalne. W trudniejszym okresie fundowałam skórze maseczkę w płacie nasączoną tonikiem i również jako samodzielny produkt spisywał się całkiem dobrze.


W zasadzie nie mam co do tego produktu zastrzeżeń jeśli chodzi o jego działanie.. wątpliwości mam co do ceny, bo jednak hydrolat z rumianku pospolitego można znaleźć w kilkukrotnie niższej cenie. Nie mam za bardzo porównania jeśli chodzi o inne hydrolaty, bo jednak jeden drugiemu nie zawsze jest równy. Przykładowo bardzo lubię hydrolaty z róży damasceńskiej ale wiem z doświadczenia, że są lepsze i gorsze. Często to zależy od uprawy i pochodzenia danych roślin. W tym przypadku zakładam, że jest podobnie.. zatem z ceną idzie jakość, której odmówić nie mogę.


PURE SKIN FOOD - BEAUTY OIL FOR NORMAL & SENSITIVE SKIN

Od producenta:
Połączenie cennych, odżywczych właściwości olejków roślinnych przynosi cudowny efekt dla skóry.

bezzapachowy, bez olejków eterycznych
tłoczone na zimno oleje roślinne
olej z pestek moreli
olej jojoba bogaty w naturalną witaminę E
olejek z nasion chia i lnianki
cenne antyoksydanty

Roślinne olejki wnikają w skórę głębiej niż tradycyjne kremy pielęgnacyjne, dzięki czemu odżywiają również komórki dolnych warstw skóry. Bogate w kwasy tłuszczowe olejki nawilżają, chronia naszą skórę przed zanieczyszczeniami i czynią ją miękką i jędrną.

Zastosowane olejki mają silne działanie przeciwzapalne i tworzą przepuszczalną ochronę lipidową przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych, a ponadto przyśpieszają proces regeneracji skóry.


To był główny powód moich zakupów. Niewielka buteleczka z ciemno-zielonego szkła z niezawodną pipetą mieści w sobie 30 ml produktu. Tu również mamy trzy miesięczny okres ważności od otwarcia. Jedyne z czym się nie mogę zgodzić to zapach.. ja go wyczuwam. Fakt.. jest bardzo delikatny już w opakowaniu, a na skórze całkowicie niewyczuwalny.

Olejek zaskoczył mnie poniekąd konsystencja.. jest bardzo lekki. To nie jest typowy olejek, który na skórze pozostawi tłustą czy lepką warstwę! Niewielka ilość rozprowadzona na skórze sprawia, że praktycznie wcale go nie czuć.. nie tego się spodziewała, a w takie "rozczarowania" zawsze są mile widziane.


Później pomyślałam, że tak lekką konsystencję i pojemność zużyję w ciągu półtora miesiąca i nawet nie poczuję jakichkolwiek efektów. Ohh.. tak bardzo już dawno się nie pomyliłam. Aby zaaplikować olejek na twarz i szyję w wersji solo wystarczą mi.. DWIE KROPLE!

Już po kilku użyciach widziałam, że moja skóra jest zadowolona. Stała się bardziej odżywiona, ukojona, jędrniejsza, gładsza i ukojona. Stosowałam głównie na noc w postaci 2-3 kropli delikatnie roztartych w dłoniach i "wciśniętych" w skórę twarzy oraz szyi. Rano skóra wcale nie była nadmiernie przetłuszczona. W związku z czym pokusiłam się o stosowanie zestawu w porannej pielęgnacji, a także pod makijaż. Moja skóra nigdy tego duetu nie miała dosyć, a należy do mieszanych. Produkty zarówno dobrze sprawdzały się na suchych partiach skóry jak i na tłustych (strefa T). Nidy z ich powodu nie miałam przykrych dolegliwości w postaci wysypu niedoskonałości, zapchanych porów, podrażnienia.. a już po miesiącu stosowania zestaw zakwalifikował się do ulubieńców miesiąca.


Po dwóch miesiącach używania olejku jego zużycie było znikome. W sercu panika, bo jednak nienawidzę wyrzucać produktów tylko dlatego, że niewystarczająco ogarnęłam temat zużywania.. a już szczególnie nie takich produktów!

Na stronie sklepu znalazłam sporo sugestii jak jeszcze można wykorzystać olejek.

  • do demakijażu
  • jako dodatek to kremów
  • w pielęgnacji ciała np. po kąpieli zamiast balsamu
  • w pielęgnacji włosów - wtarty w końcówki włosów
  • w pielęgnacji paznokci - wtarty w skórki
  • jako składnik peelingi do ciała lub twarzy
  • jako składnik maseczek

W formie produktu do demakijażu olejek spisuje się rewelacyjnie. Jest o wiele lżejszy od olejków czy balsamów, które stosowałam dotychczas przez co w wiele łatwiej usunąć go z powierzchni skóry. Z samym oczyszczeniem skóry również radzi sobie bardzo dobrze, a moje oczy wcale nie protestują gdy dojdzie do przypadkowego spotkania. 

Równie fajnie sprawdza się w pielęgnacji ciała. Najbardziej polubiłam aplikować go w lekko wilgotną skórę. Bez najmniejszych przeszkód mogę się od razu ubrać, a skóra jest bardzo przyjemnie odżywiona. Sprawdził się szczególnie przy podrażnieniach po depilacji czy goleniu ale także aplikowany dodatkowo w ciągu dnia na łokcie, kolana, jako zamiennik kremu do rąk czy w formie kompresu na otarcia skóry.

Moje włosy również się z nim zaprzyjaźniły. Po ich wysuszeniu wcieram olejek w końcówki, które wcale nie są pod jego wpływem przeciążone czy klejące się w strąki. Za to od kilku dobrych miesięcy nie byłam u fryzjera na podcięcie końcówek i wciąż nie widzę takiej potrzeby.


Skład (INCI): Simmondsia Chinensis Oil (olej jojoba), Macadamia Ternifolia Seed Oil (olej z orzechów makadamii), Prunus Armeniaca Kernel Oil (olej z pestek moreli), Salvia Hispanica Seed Oil (olej z szałwii hiszpańskiej), Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Camelina Sativa Oil (olej z lnianki siewnej), Rosmarinus Officinalis Leaf Extarct (wyciąg z rozmarynu).

Olej jojoba tworzy na skórze lekką niezbyt tłustą warstwę chroniąc skórę przed czynnikami zewnętrznymi. Wykazuje działanie łagodzące,wzmacniające, zmiękczające oraz lekko nawilżające.

Olej z orzechów makadamii ma silne działanie uelastyczniające skórę dlatego często można go spotkać w produktach do ciała, włosów oraz twarzy. Spłyca zmarszczki i zapobiega powstawaniu nowych, skuteczny w walce z rozstępami i cellulitem, a dzięki silnym właściwościom nawilżającym znajduje zastosowanie także w pielęgnacji włosów.

Olej z pestek moreli jest mile widziany w produktach do pielęgnacji cer wrażliwych i alergicznych. Jest lekki i ma delikatne działanie napinające, wygładzające i odżywcze.

Olej z nasion szałwii hiszpańskiej dzięki wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych wnika i penetruje w głąb skóry przynosząc silne nawilżenie, wzmocnienie bariery lipidowej i regenerację. Zwalcza wolne rodniki, działa antyoksydacyjnie, wzmacnia ochronę przeciwsłoneczną i zapobiega destrukcji DNA. Idealny do cer wrażliwych, atopowych, łuszczących, a także tłustych i trądzikowych. 

Olej kokosowy silnie natłuszcza i chroni skórę przed odparowaniem wilgoci i zewnętrznymi czynnikami.

Olej z lnianki siewnej posiada bardzo wysoką zawartość (dochodzącą do 90%) niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych. Posiada właściwości odżywcze i pomaga przy schodzeniach takich jak egzema czy łuszczyca. Sprawdzi się na cerach wrażliwych, delikatnych oraz dojrzałych. To jeden z lepszych "wymiataczy" wolnych rodników.

Ekstrakt z rozmarynu posiada silne działanie przeciwzapalne, antybakteryjne i przeciwgrzybicze. Pobudza krążenie, łagodzi objawy alergii, obrzęk oraz wzmacnia skórę i przyśpiesza procesy regeneracyjne.



Produkty Pure Skin Food znajdziesz w sklepie Bioana. Tylko zobacz jak są pięknie pakowane! Aż czuję się miłość nie tylko do kosmetyków ale i do klientów. Do tego widać jak bardzo sklep Bioana zwraca uwagę na rodzaj asortymentu, który nam oferuje. Tam nie ma produktu, którego nie chciałabym przetestować i tych produktów nie znajdziesz w żadnym innym sklepie. Sklep, który naprawdę mnie zauroczył i wbrew pozorom nikt nie kazał, prosił, błagał ani nie zapłacił abym tak napisała. Z resztą.. jeśli tam zaglądasz to wiesz o czym piszę 😜 
Do mojego zamówienia dodatkowo dostałam próbkę dezodorantu Pony Hütchen.. po prosty strzał w dziesiątkę!

Ponadto produkty Pure Skin Food są odpowiednie dla wegan i nie są testowane na zwierzętach. 


Słyszałaś o produktach Pure Skin Food?
Znasz sklep Bioana?


września 20, 2017

NOBLE HEALTH - MISIE NA ZDROWE WŁOSY. JAK ŻELKI W FORMIE MISIÓW WPŁYNEŁY NA STAN MOICH WŁOSÓW - EFEKTY PO KURACJI

NOBLE HEALTH - MISIE NA ZDROWE WŁOSY. JAK ŻELKI W FORMIE MISIÓW WPŁYNEŁY NA STAN MOICH WŁOSÓW - EFEKTY PO KURACJI

Na efekty suplementów często trzeba trochę poczekać. W przypadku włosów realne efekty najczęściej zobaczymy po dwóch lub trzech miesiącach po zakończonej kuracji. Samo oczekiwanie może być stresujące, a najgorsze co możemy zrobić to codziennie sprawdzać efekty lub oczekiwać, że po kilku pierwszych dniach nastąpi poprawa. Stres nigdy nie jest dobrym doradcą, a jego wpływ na nasze zdrowie jest ogromny. W moim przypadku objawem jest miejscowe wypadanie włosów i z każdym rokiem widzę, że coraz mniejszy impuls jest do tego potrzebny. Taka sytuacja miała miejsce gdzieś na początku czerwca, a pod koniec już zaczęła tworzyć się na mojej czuprynie plama. W takich sytuacjach w moim przypadku ważny jest czas. Im szybciej sięgnę po suplementację tym mniejszy obszar zostanie objęty "ogołoceniem". Jednak po suplementy warto sięgać także gdy do czynienia mamy z ogólnym nadmiernym wypadaniem włosów.


Jednak suplementy to nie zabawa. Ja osobiście traktuję je bardziej jak leki niż witaminy. Stosuję jedynie w skrajnych przypadkach. Warto sobie zdawać sprawę z tego, że witaminy również można przedawkować i potrafi to być niebezpieczne dla naszego zdrowia. Jakieś 10 lat temu taka sytuacja mnie dopadła. Przedawkowałam.. uwaga.. soczki na bazie marchewki! Czyli tak naprawdę beta-karoten. Efekty? Początkowo zdarzały się krwotoki z nosa, a z czasem dopadały mnie kilka razy dziennie! Potrafiłam obudzić się z zakrwawioną poduszką.. nie żadna kropelka na poszewce tylko wielka plama! 

Warto zatem przed rozpoczęciem suplementacji zrobić badania krwi. 

Na suplement Misie na zdrowe włosy natrafiłam w momencie gdy miałam zamiar rozpocząć kurację sprawdzającym się u mnie suplementem Gelacet Plus. Forma żelków bardzo mnie zaintrygowała.. w końcu w każdym z nas kryje się dziecko 😉 Jednak ważniejsze było dla mnie to co te misie w sobie kryją. 

Oto jak przedstawiają się składniki odżywcze w porównaniu do Gelacetu Plus:


W przypadku włosów najistotniejszy wpływ ma biotyna (witamina B7). Teoretycznie im więcej biotyny w suplemencie tym lepiej. W obu przypadkach RWS, czyli Referencyjna Wartość Spożywcza została przekroczona. Jednak w przypadku Misiów na włosy niemal dwukrotnie w porównaniu do Gelacetu Plus i pięciokrotnie (!) w przypadku zalecanej dziennej dawki spożycia. To naprawdę dużo! Jednak nie odnotowano żadnych skutków ubocznych jeśli chodzi o nadmiar biotyny w organizmie.

Biotyna to tzw. witamina młodości, która syntezowana jest poprzez bakterie jelitowe. Jest skutecznym środkiem stymulującym przyrost włosów, a jej niedobór może być przyczyną wypadania, a także łysienia. Ponadto biotyna normalizuje tłuszczową przemianę materii, co zapobiega nadmiernemu łojotokowi oraz łupieżowi. To podstawowy składnik na jaki powinnaś zwrócić uwagę podczas wybory suplementu w ramach wzmocnienia włosów.

Warto jednak zwrócić uwagę na to jakie jeszcze składniki występują w suplementach zanim się na nie zdecydujemy. Przykładowo:

Selen odpowiada za prawidłowe funkcjonowanie tarczycy, zwiększa odporność organizmu ale ma dwa oblicza. Uzupełnienie jego braków w organizmie może uchronić przed rakiem, ale jego nadmierna podaż może zwiększyć zagrożenie pojawienia się nowotworu. 

Zatem suplementy wybierajmy na podstawie składu, a nie opakowania.


Właśnie skład Misiów był impulsem do ich zakupu. Byłam w każdym Rossmannie i odwiedziłam kilka aptek. Niestety wszyscy patrzyli na mnie jak na opętaną. Suplement diety w formie żelków.. to tego misiów? Serio? Problem w tym, że tego suplementu nigdzie nie było stacjonarnie ale w sklepie internetowym Rossmann były i to w cenie promocyjnej. Zamówiłam jedno opakowanie z dostawą (gratis) do wybranej drogerii i jeszcze tego samego dnia po odbiorze przystąpiłam do suplementacji.

I to był dramat. Miśki były okropne w smaku. Miałam wrażenie, że jem plastik. To uczucie towarzyszyło mi na szczęście przez kilka pierwszych dni i z każdym kolejnym było już tylko lepiej. Nie są to misie Haribo nie ma co do tego złudzeń.. ale nie są też jakieś straszne. Jeśli przeżyłaś kiedyś branie leków na przeziębienie w formie proszku rozpuszczanego w ciepłej wodzie to.. miśki są smaczniejsze.. przetrwasz i to.

Istotną informacją ze strony producenta jest to, że żelki należy przed połknięciem bardzo dokładnie pogryźć. Dzięki temu nasz organizm dużo lepiej wchłonie i przyswoi substancje odżywcze.


Od producenta: 
Misie na zdrowe włosy zawierają kompleks witamin i składników mineralnych. Nie lubisz łykać tabletek ani kapsułek? Wybierz żelki!
  • Biotyna, cynk, selen pomagają zachować zdrowe włosy.
  • Miedź pomaga w utrzymaniu prawidłowej pigmentacji włosów. Korzystanie wpływa na kolor i blask włosów
  • Niacyna, witamina A pomaga zachować zdrową skórę
  • Witamina E, mangan pomagają w ochronie komórek przed stresem oksydacyjnym
Żelki nie zawierają: gluten ani laktozy i są pełen miłości do włosów 😂

W opakowaniu znajdziemy około 60 misiów na włosy

Zalecany sposób stosowania:
2 żelki dziennie. Przed połknięciem dokładnie pogryź. Nie należy przekraczać porcji zalecanej do spożycia w ciągu dnia. Suplement diety nie mogą być stosowane jako substytut zróżnicowanej diety. Dzienna porcja dostarcza składniki w ilości zapewniającej deklarowane korzyści dla zdrowia.

Skład: syrop glukozowy, cukier, woda, żelatyna, zestaw witamin i składników mineralnych (octan DL alfa tokoferylu, siarczan cynku, amid kwasu nikotynowego, D-pantotenian wapnia, octan retinylu, cyjanokobalamina, siarczan magnezu, selenian (VI) sodu, chlorowodorek pirydoksyny, siarczan miedzi (II), monoazotan tiaminy, kwas pteroilomonoglutaminowy, D-biotyna), regularor kwasowości, kwas cytrynowy, stabilizator, sorbitol, substancja glazurująca, wosk czarnauba, barwnik, beta-karoten, naturalny aromat pomarańczowy.


Przejdźmy jednak do konkretów, czyli efektów.

Suplementacje rozpoczęłam 12 lipca 2017, zakończenie po 30 dniach powinno przypadać na 10 sierpnia ale z racji tego, że w tych sprawach jestem chodzącą sklerotyczną zajęło mi to niemal do końca sierpnia. Zatem recenzja pojawia się dość szybko, bo minął zaledwie lekko ponad miesiąc od zakończenia kuracji.. ale skoro są widoczne efekty to nie widzę powodów aby to odwlekać, tym bardziej, że o suplement dostaję sporo pytań 😉

Punktem wyjściowym czy też zapalnym było pojawiające się ognisko łysienia. Pojawiło się niemal dokładnie w tym samym miejscu co kiedyś. Nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać, bo wypadały mi włosy które wcześniej już wypadły, a na ich miejsce pojawiły się siwe, która wcale tak do końca mnie nie cieszyły.

Zdjęcie z początku kuracji

Miałam cichą nadzieję, że zwiększona dawka biotyny wspomoże cebulki na tyle aby produkowały więcej melaniny, czyli naturalnego koloru włosów. To po części się udało. W miejscu gdzie wypadły włosy z barwnikiem zaczęły pojawiać się nowe również zabarwione. Jednak te które były siwe to na ich miejsce odrosły również siwe. Taki stan rzeczy osobiście uważam za sukces.

Zdjęcie w trakcie kuracji - pierwsze baby hair

Zdjęcie po niecałym miesiącu od zakończenia kuracji

Zdjęcie po niecałym miesiącu od zakończenia kuracji - antenki ale HBO wciąż nie odbieram


Ostatecznie kurację uważam za zakończoną sukcesem. Łysa plamka zarosła i to był główny cel. Jednak baby hair pojawiły się na całej głowie. Jest tego naprawdę sporo i dość trudno tu ujarzmić ale z drugiej strony taka aureola wokół głowy to charakteryzuje anioły 😇 więc dumnie prężę ją na wietrze !

Muszę jednak przyznać, że miałam obawy co do tego czy kuracja faktycznie na mnie działa. Ciągłe chodzenie do lustra i sprawdzanie czy coś wykiełkowało podnosi poziom stresu co przyczynia się do wypadania włosów.. błędne koło. Jednak myjąc włosy co drugi dzień siłą rzeczy widziałam jak dużo włosów pozostaje w brodziku i jaki ogrom pozostaje na szczotce. Tłumaczyłam sobie, że mam długie włosy do tego grube i ich ilość jest złudnie duża. Myliłam się. Jeszcze pod koniec sierpnia dość mocno cierpiałam z powodu nasilonego wypadania włosów. Nie mam pewności czy był to efekt uboczny stosowanego suplementu ale nie wykluczam tego. Możliwe, że suplement pobudzał do wzrostu nowe włosy kosztem tych najstarszych. Po miesiącu od zakończenia kuracji poziom wypadania wrócił do normy.


Żałuję jedynie, że nie pomyślałam o tym aby sprawdzić przed suplementacją długość włosów oraz ich gęstość. Jednak na podstawie poprzednich pomiarów, obecne bardzo mnie zaskoczyły. Pomiędzy jednym, a drugim pomiarem miałam wizytę u fryzjera gdzie włosy były podcinane. W związku z czym nie jestem w stanie określić jaka długość od rozpoczęcia kuracji mi przybyła. Z resztą to nie jest dla mnie szczególnie istotne. Zaskoczeniem jest gęstość włosów, która w ciągu 5 miesięcy zwiększyła się o 1,5 cm. To naprawdę bardzo dobry wynik, bo w tej kwestii łatwiej jest stracić niż później nadrobić. Za to akurat obwiniam poprzedni suplement, który towarzyszył mi na przełomie stycznia i lutego, czyli Gelacet Plus. Dlaczego? Bo niemożliwością jest aby włosy po Misiach zdążyły urosnąć na tyle abym mogła je złapać w kucyk.

Poniżej wyniki pomiarów które robiłam na przestrzeni tego roku.

Pomiar z 24 stycznia 2017
Długość: 45cm
Objętość: 8,5cm

Pomiar z 22 kwietnia 2017            
Długość włosów 50,5 cm
Objętość: 9,0 cm

Pomiar z 17 września 2017
Długość włosów: 50 cm
Objętość:  10,5 cm

Spodziewałam się raczej, że wynik pójdzie dokładnie w drugą stronę. Cóż.. zostało mi ten fakt zaakceptować i przyjmuję to na klatę 😂


Nie da się ukryć, że misie dobrze zadziałały na moje włosy. Wypadanie zostało ograniczone, włosy się zagęściły choć uważam, że to zasługa poprzedniej kuracji. Najważniejsze dla mnie było zatrzymanie i zagęszczenie łysiejącej plamy.. i to się udało. Nie mogę produktu ocenić źle bo zadziałam alee.. jako chodząca sklerotyczka trudno było mi przez 30 dni rano i wieczorem sięgać po misie. Zapominałam. Z tego też względu bardziej odpowiadał mi Gelacet, który należy brać przez 21 dni raz dziennie, a jego efekty również mnie zadowalają choć odnoszę wrażenie, że przychodzą nieco później. 


Do którego suplementu wrócę ponownie? 

Na chwilę obecną w zanadrzu mam jeszcze Gelacet Plus. Jednak z uwagi na wysoką zawartość selenu w składzie jego częste stosowanie może być poniekąd ryzykowane. Pod tym względem Misie wypadają całkiem przyjaźnie. Dodatkowo podsumowując moje przyłożenie się do ich gryzienia mogę uznać, że pomogły mi nawet w zmniejszonej dawce. Ich stosowanie zajęło mi niemal 50 dni zamiast 30, a efekty również są widoczne. 


Co po kuracji?

Jeśli już uzupełniłaś niedobory witamin to warto zadbać o to aby utrzymać ich poziom. Jak już wspominałam bazowym składnikiem jest tu biotyna ale gdzie ją znaleźć?

Najwięcej znajdziemy ją w mięsie:
  • wątrobie (100-200 mikrogram / 100 gram - czyli od 200-400% dziennego zapotrzebowania)
  • nerkach (wieprzowinie, wołowinie, drobiu) (5-10 mikrogram/100 gram - czyli  10 - 20 % dziennego zapotrzebowania)
ale także w:
  • nasionach soi (65 mikrogram / 100gram - czyli 75% dziennego zapotrzebowania)
  • orzechach (30 mikrogram / 100 gram - czyli 50% dziennego zapotrzebowania)
  • w żółtku jaj
  • mleku
  • serze
  • otrębach
  • w rybach (sardynkach, łososiu)
  • drożdżach
  • ciemnym ryżu
  • warzywach takich jak: kukurydza, kalafior, groch, pomidor, szpinak, marchew, buraki cebula
  • oleju rzepakowym i słonecznikowym
  • owocach takich jak: banan, melon, grejpfrut, arbuz, winogrona, brzoskwinia

Jednak gotowanie, a także promieniowanie UV powoduje częściowy lub całkowity rozkład biotyny. 


UWAGA! Nie sięgaj po suplementy gdy nie cierpisz z powodu wzmożonego wypadania włosów. Nie stosuj ich regularnie, zachowuj odstępu czasowe kilkumiesięczne. Pamiętaj, że jeśli masz z natury rzadkie włosy to raczej suplementy tego nie zmienią. Uważaj na siebie! W końcu nawet witaminy też można przedawkować!


Misie na włosy obecnie znajdziesz stacjonarnie w drogeriach Rossmann.

Widziałaś już te misie? Stosowałaś?


września 18, 2017

MASECZKI LUSH FRESH HANDMADE COSMETICS - PODSUMOWANIE

MASECZKI LUSH FRESH HANDMADE COSMETICS - PODSUMOWANIE

Przyszła pora na podsumowanie wszystkich sześciu maseczek Lush, które wraz z Moniką z bloga Mama z różową torebką miałyśmy okazję wspólnie testować i recenzować. Musze przyznać, że bardzo cieszyłam się z możliwości sprawdzenia na własnej skórze słynnych naturalnych maseczek ale miałam również obawy jak moja skóra na taką maseczkową dawkę zareaguje. Jednak bez większego problemu wśród nich znalazłam faworyta oraz bubla. Ciekawa jestem czy już się tego domyślasz.



Z pewnością zaletą maseczek jest to, że są wykonywane na bieżąco ale przez to mają krotki termin ważności, który wynosi 4 tygodnie. Zatem zamawianie większej ilości maseczek kompletnie mija się z celem. Oczywiście maseczki można podzielić i zamrozić co przedłuży ich termin ważności ale i tak warto je wówczas zużyć jak najszybciej.

Bardzo podoba mi się polityka marki odnoście recyklingu. Sama lubię opakowania, które później mogę wykorzystać w domowych zakamarkach: jako pojemniki na śrubki, nici, czy ponownie w pielęgnacji. Jednak możliwość oddania (3 dowolnych) opakowań w zamian za maseczkę jest świetnym rozwiązaniem! Problem w tym, że Lusha u nas nie ma. 

Moim bezsprzecznym ulubieńcem jest maseczka która wywołała największe kontrowersji z uwagi na dodatek czosnku w składzie, a jest to Cosmetics Warrior.



Cosmetic Warrior to maseczka oczyszczająco-łagodząca, która dla mnie ma zapach mokrej ziemi. W porównaniu do innych masek jej zapach jest chyba najmniej wyczuwalny. Maseczka zdecydowanie spełnia wszystkie obietnice producenta. Oczyszcza chociaż w stopniu poprawnym ale za to rewelacyjnie koi skórę i działa na drobne niedoskonałości momentalnie. Chociaż moja skóra na glinki różnie potrafi zareagować to na ogół po takich maskach domaga się solidnej porcji nawilżenia.. ale nie w tym przypadku. Po Comsetic Warrior skóra jest przyjemnie wygładzona i nawilżona. Pierwszy raz miałam styczność z maską, która działa na tak wielu płaszczyznach i dzięki temu zdobyła pierwsze miejsce. Zdecydowanie mi jej brakuje!

Link do recenzji: Lush - Cosmetics Warrior
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Cosmetics Warrior



Drugie miejsce należy do Mask of Magnaminty! To maseczka oczyszczająca z niewielkimi drobinkami, które warto przy zmywaniu wykorzystać jako peeling. Sprawdza się całkiem dobrze choć przy zbyt częstym użytkowaniu obawiałabym się przesuszenia skóry. maseczka przy regularnym stosowaniu faktycznie może przysłużyć się cerze zanieczyszczonej. W jej przypadku najbardziej dokuczał mi zapach, który przypominał mocno ziołowo-miętową pastę do zębów. Naprawdę mnie drażnił, chociaż pod koniec opakowania pogodziłam się z nim. Muszę przyznać, że do maseczki mogłabym wrócić ale o wiele chętniej w mniejszym standardowym opakowaniu.. niestety Lush tę maseczkę produkuje tylko w większych.

Link do recenzji: Lush - Mask of magnaminty
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Mask of Magnaminty


Trzecie miejsce przypada Catastrophe Cosmetic, która jest maseczką uspokajającą i nawilżającą. Mam wątpliwości jednak czy osoby z bardziej wrażliwą cerą powinny po nią sięgnąć. Maska odpowiadała mi pod względem musowej konsystencji, zapachu, antyseptycznego działania oraz wygładzenia skóry. Niestety potrafi ściągnąć skórę i osypywać się po zaschnięciu. Catastrope Cosmetic miała jednak z moją skórą pod górkę. Okres jej używania przypadł na moment gdy z moją skórą działo się naprawdę źle. Gdyby nie to myślę, że sprawdziłaby się znacznie lepiej. Dlatego nie wykluczam, że moja ocena w jej przypadku jest zawyżona.

Link do recenzji: Lush - Catastrophe Cosmetic
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Catastrophe Cosmetic


Czwarte miejsce Ex Aequo ! należy do najbardziej kolorowych maseczek czyli Don't Look At Me oraz Rosy Cheeks.



Cudownie lazurowa maseczka Don't Look At Me zachwyca swoim kolorem! Samo jej noszenie to prawdziwa przyjemność, a do tego wywołuje uśmiech na twarzy domowników. Po jej użyciu zauważyłam efekt odświeżenia i rozjaśnienia skóry ale w bardzo niewielkim stopniu. Za to dyskwalifikujące są jej duże i ostre drobinki. Nawet przy "lekkiej dłoni" czuć ich ostrość. Po jej użyciu moja skóra domaga się natychmiastowego ukojenia i nawilżenia. Don't Look At Me zdecydowanie więcej u mnie nie zagości

Link do recenzji: Lush - Don't Look At Me
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Don't Look At Me


To druga maseczka o ślicznym różowym kolorze.. czy jak to woli prosiaczkowym 😂 Rosy Cheek przeznaczona jest do każdego rodzaju cery w tym głównie do cery wrażliwych. Powinna uspokajać skórę, a przy tym łagodnie oczyszczać. Uwielbiam jej śliczny różany zapach! Niestety ukojenie dla mojej skóry było znikome, a głównie tego się po niej spodziewałam. Jako maska jest bardzo komfortowa ale po jej zmyciu skóra pozostawała tempa i przesadnie zmatowiona. To zdecydowanie nie w moim guście.. nie lubię takiego efektu.

Link do recenzji: Lush - Rose Cheeks
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Rosy Cheeks


Najmniej zaszczytne miejsce przypadło dla Love Lettuce. Niestety jakiekolwiek pozytywne działanie przyćmiły dwa zdarzenia. Po maseczce dostałam okropnego wysypu, który bardzo trudno było mi podleczyć. Skóra niemal mnie bolała! Po drugie.. spleśniała. Nie ma takiej możliwości abym zrobiła coś nie tak, bo maska była przechowywana w identyczny sposób co pozostałe maseczki Lush. Nie chcę o niej pisać niczego pozytywnego, bo zwyczajnie na to nie zasługuje.

Link do recenzji: Lush - Love Lettuce
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Love Lettuce


Moje wieloletnie chciejstwo na przetestowanie produktów Lush w pełni zostało zaspokojone. Wiem już czego mogę się po tych produktach spodziewać. Muszę jednak przyznać, że moje oczekiwania były znacznie wyższe i w pewnym stopniu się rozczarowałam. Byłam przekonana, że statystyka będzie dokładnie odwrotna. Jeden produkt na sześć, który w pełni mnie zachwycił to raczej mało. W dodatku mam wrażenie, że moja skóra jest zadowolona z tego, że nie mam jej już czym katować. Takiej ilości glinki jeszcze nigdy nie przeżyła. Mimo wszystko uważam, że maseczki Lush warto sprawdzić na sobie. Są to naturalne i ręcznie robione produkty, którym nie można odmówić działania.

Zapraszam również na blog Moniki, czyli Mamy z różową torebką u której już widnieje podobny wpis z podsumowaniem. Czy rzeczywiście nasze zdania są identyczne co do poszczególnych maseczek? Która z nich okazała się najlepsza? Która była najgorsza? Ja jestem bardzo ciekawa i już lecę czytać 😀

Maseczki Lush Fresh Handmade Cosmetics

Maseczki miałam okazję przetestować dzięki uprzejmości Mariki z bloga Porcelanowe Włosy. Bardzo Ci za to dziękuję! 😘

Jeśli wciąż Ci mało Lushowych nowinek to odsyłam do bloga Mariki, gdzie znajdziesz recenzje innych produktów Lush takich jak:

Lush - Angels On Bare Skin
Lush - Breath Of Fresh Air
Lush - Mask Of Magnaminty
Lush - D'Fluff
Lush - Whoosh! Shower Jelly
Lush - Charity Pot

Mam nadzieję, że maseczkowa seria przypadła Ci do gustu. Obecnie na allegro jest spory wybór produktów marki Lush w bardzo dobrych terminach przydatności.. alee.. dzięki cynkowi od Ani z bloga Co kręci Anulę dowiedziałam się, że już we wrześniu powinien ruszyć sklep z produktami Lush. Póki co warto śledzić na Instagramie konto Bubble Trouble Polska oraz Facebooku Bubble Truble Polska!


Którą maseczkę najbardziej chciałabyś sprawdzić na sobie?
A może to inne produkty Lush bardziej Cię kuszą?


września 17, 2017

MANICURE: KILKA PROSTYCH TRIKÓW JAK WYKONAĆ NA PAZNOKCIACH KASZTAŁT MIGDAŁKA

MANICURE: KILKA PROSTYCH TRIKÓW JAK WYKONAĆ NA PAZNOKCIACH KASZTAŁT MIGDAŁKA


Uwielbiam chodzić na manicure! Nie chodzi tu wcale o lakier, kolor, czy sam rytuał ale o to, że moim paznokciom nadany jest kształt.. ładny, równomierny i estetyczny kształt. Przy takich okazjach najczęściej wybieram kształt migdałka bo zawsze pięknie się prezentuje. Za to w domowym zaciszu wybieram coś mniej skomplikowanego, a najlepiej w wersji na szybko. Wykonując samemu kształt migdałka łatwo stracić z oczu środek oraz długość paznokci. W efekcie każdy paznokieć wygląda jak z innej bajki. Z czasem doszłam do kilku patentów na uzyskanie estetycznego kształtu migdałka w domowym zaciszu i chciałam się dzisiaj z Tobą tym podzielić. Wbrew pozorom to wcale nie jest trudne!


Oto co nam będzie potrzebne:
- dwa pilniki: jeden tradycyjny taki jaki używasz do skracania długości paznokci oraz drugi z mniejszą gradientacją. W moim przypadku jest to bloczek o gradientacji 180 oraz 100. 
- ołówek oraz temperówkę.. obowiązkowo w kształcie żółwia bo inaczej nie wyjdzie 😂
- proste paseczki do french manicure

Paznokcie rzadko rosną równomiernie. W moim przypadku długość paznokci palców wskazujących jest zawsze najkrótsza i najczęściej ulega uszkodzeniom. Na początku warto przyjrzeć się swoim paznokciom i zacząć pracę od tego, który jest najkrótszy. To będzie nasza baza wyjściowa odnoście długości wszystkich paznokci.



Moje paznokcie były już na tyle długie, że zaczęły mi przeszkadzać w wykonywaniu zwykłych czynności, a już szczególnie utrudniały obsługę klawiatury. Wybrałam najkrótszy paznokieć i jeszcze dodatkowo go skróciłam. Czubek paznokcia spiłowałam na prosto, to dobra baza wyjściowa, która pozwoli lepiej określić szczytowy punkt paznokcia.. ale to wcale nie jest konieczne.


Aby paznokcie miały identyczną długość posługuję się paseczkiem do french manicure. Dzięki temu nie będę co chwila sprawdzać i porównywać ze sobą długości paznokci. Paseczek przyklejam od spodu paznokcia zwracając uwagę na to aby zaczynał się wraz z białą częścią paznokcia. To dość istotne! Na pasku zaznaczam ołówkiem miejsce w którym paznokieć się kończy.. to będzie nasza linijka.


Przyklejam pasek na tej samej zasadzie do pozostałych paznokci i zaznaczam ołówkiem miejsce w którym widnieje zaznaczenie na pasku. To daje mi jasną wskazówkę jak bardzo powinnam skrócić pozostałe paznokcie. Ołówek powinien być bardzo dobrze widoczny również z drugiej strony.


Paznokcie skracamy do miejsca zaznaczenia. Tej linii nie warto przekraczać. Lepiej zatrzymać się tuż przed nią. Identycznie możemy postąpić z drugą ręką ale na kontrolowanie długości drugiej ręki istnieje jeszcze inny patent.



Przykładamy do siebie paznokcie (wskazujący do wskazującego, serdeczny do serdecznego itd.) tak aby miejsca gdzie paznokcie się zaczynają były w jednej linii. Następnie po paznokciach schodzimy w dół do ich zakończenia. Postępujemy dokładnie tak samo jak przy sprawdzaniu czy oba buty mają dokładnie tą samą długość podeszwy. :-) Dzięki temu upewnimy się czy paznokcie mają tę samą długość czy jednak któryś wymaga dodatkowego skrócenia. 

Jednak jeśli oznaczanie długości ołówkiem bardziej przypadnie Ci do gustu to nie widzę przeszkód aby zrobić dokładnie to samo z drugą ręką. Ta metoda ma ten plus, że po oznaczeniu ołówkiem punktów nie musisz się zastanawiać czy przeciągnąć jeszcze kilka razy pilnikiem czy już zrobiłaś to o kilka razy za dużo.




W przypadku manicure, gdzie wyraźnie zaznaczony jest szczyt paznokcia najwięcej problemów sprawia utrzymanie tego punktu w odpowiednim miejscu. W zależności od perspektywy z jaką patrzymy na paznokieć ten punkt będzie się przesuwał.. minimalnie.. ale będzie. Dlatego dużo łatwiej jest taki manicure wykonywać osobie drugiej.. z tym, że mąż nie zawsze się do tego nadaje. Prostym krokiem jest zaznaczenie punktów szczytowych paznokci. Aby mieć pewność, że dobrze oznaczymy punkty najlepiej narysować linię ołówkiem zaczynając od nasady paznokcia. Taką linię zawsze możemy poprawić lub skorygować. Po ich narysowaniu przyjrzyj się paznokciom z różnej perspektywy.. jeśli z każdej wygląda to dobrze to już prawie jesteśmy w domu. 


Aby uzyskać kształt migdałka na płytce paznokcia zaznaczam linią miejsce gdzie krawędź paznokcia styka się z opuszkiem palca. Następnie łączę te punkty ze szczytowym miejscem paznokcia uzyskując dość ostry trójkąt.


Nie skracam paznokci po wyznaczonej linii! Po każdej stronie mamy wyznaczone dwa punkty: brzegowy i szczytowy. Poza te punkty nie wychodzimy ani ich nie przesuwamy. Za to staram się nadać w tym miejscu kształt delikatnego łuku. Czyli zbliżam się do wyznaczonej linii ale nie mogę jej dotknąć. Efekt powinien wyglądać tak:


To moment w którym sprawdzasz czy szpic poszczególnych paznokci jest w odpowiednim miejscu. Jeśli gdzieś zgubiłaś ten punkt wybierz pilnik o niskiej gradientacji i popraw. Jeśli z efektów jesteś zadowolona to pora przejść do kolejnego etapu.


Nasze mało estetyczne boki paznokci możemy teraz dopracować. Watro użyć do tego pilnika z niską gradientacją. Zasada jest taka, że staramy się nie naruszać punktu szczytowego paznokci. W zależności od indywidualnych upodobań możesz teraz nadać swoim paznokciom bardziej smukły lub nieco szerszy kształt migdałka. W teorii boki migdałka należy spiłować pod kątem 45 stopni. Jednak jeśli tak jak ja masz długie i bardzo szczupłe palce to taki wąski kształt dodatkowo je wyszczupli i wydłuży. Dlatego osobiście preferuje delikatniejszy kształt migdałka. 


Nasze paznokcie są dość szpiczaste. Jeśli taki wygląd Ci odpowiada to na tym etapie możesz poprzestać. Jednak jeśli wolisz bardziej miękki wygląd wystarczy pilnikiem o niskiej gradientacji od spodu delikatnie spiłować paznokcie. Dzięki temu pozbędziesz się ostrego zakończenia nie przesuwając najwyższego punktu paznokci. Pamiętaj o tym, że malując paznokcie lakierem lub wykonując hybrydę należy dodatkowo zabezpieczyć wolny brzeg paznokcia. Robiąc to, ostry kształt paznokcia i tak zostanie złagodzony przez nałożone warstwy lakieru.


Na koniec pomalowałam paznokcie zwykłym lakierem od Catrice o numerze 060 Bloody Mary To Go. To odcień soczystej, klasycznej czerwieni, której brakuje mi w lakierach hybrydowych 😉


 

Mam nadzieję, że moje triki przypadły Ci do gustu. Możesz je z powodzeniem wykorzystać przy wykonywaniu innych kształtów takich jak: szpic, owalny czy balerina. 


Copyright © 2014 Kosmetyczny Fronesis , Blogger